Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JongTae. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JongTae. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2013

Piece of heaven (JongTae)


Tak, powinniście mnie teraz zabić za to, że tyle nie dodawałam, ale jak patrzę na Worda to odechciewa mi się wszystkiego. Nienawidzę tego uczucia bezsilności i tym bardziej jest mi głupio ze względu na Was, że tyle nic nie dodawałam;(
Dzisiaj oneshot napisany z Anną, która podjęła się próby przywrócenia mojej weny :D Tekst pisany przez nią jest wyróżniony na czerwono.
---------------------------------------------------------------





Tytuł: Piece of heaven
Pairing: JongTae
Gatunek: AU, fluff
Rating: bez ograniczeń


          Stałem oparty o chłodny mur jakiegoś budynku. Dzień był jak co dzień, tylko jesień jeszcze zimniejsza. Kilka osób minęło mnie, zasłaniając przez chwilę obraz nocnej ulicy. Wypuściłem oddech, malując przed sobą białą ścieżkę odlatującą gdzieś w dal.

Takie chwile jak ta sprawiały, że studiowanie literatury wydawało mi się jeszcze bardziej bezsensowne. Oglądając chłód ludzi mijających się obojętnie, sam nie wiedziałem, co skłoniło mnie do napisania pracy zaliczeniowej na temat przyjaznych stosunków międzyludzkich. Przyznaję - nigdy nie wierzę w to, co piszę, ale nie muszę. Bo zadaniem pisarza nie jest zachęcanie do samobójstwa i okradanie starszych pań, a kolorowanie świata codziennego, nawet jeśli żadna z barw jakie przestawia od dawna nie istnieje już w przyrodzie.

- Czekasz na kogoś? - usłyszałem głos.

Z niechęcią podniosłem wzrok, przed sobą zauważając Jonghyuna - główny powód, dzięki któremu sens mojej pracy zdawał się gdzieś umykać. Przyjazne stosunki międzyludzkie? To prawda, nie musiałem wierzyć w puste zdania, które miały pomóc mi w zaliczeniu roku, ale chciałem chociaż trochę potrafić wyobrazić sobie to wszystko. Nie umiałem.

Nigdy nie miałem przyjaciół, a dom rodzinny traktowałem raczej jak hotel, niż miejsce, do którego chętnie się wraca. Może było to spowodowane tym, że w dzieciństwie ktoś bardzo mnie zawiódł? Nie chciałem się nad tym rozwodzić, wmawiałem sobie, że nie potrzebuję niczyjej bliskości. A on tego nie rozumiał. Cholerny krasnolud, który ni stąd ni zowąd zapragnął czepiać się mojej samotności. Czyżby miał za mało przyjaciół w swoim haremie dziewczyn i chłopaków zdolnych zrobić dla niego wszystko?

- Podejrzewam, że na ciebie, ale być może tak mi się tylko wydaje, bo powinieneś przyjść piętnaście minut temu – odpowiedziałem, nie ruszając się z miejsca i wciąż wpatrując przed siebie. - Wciśniesz mi teraz jakąś tanią wymówkę? W końcu tobie wszystko przychodzi łatwo... - moje słowa zabrzmiały jak wyrzut rozżalonego samotnika, ale nie potrafiłem inaczej zareagować na jego spóźnienie, niż ucieczką w poirytowanie. Wiedziałem, że to nie była z mojej strony tylko złość, a zwyczajna zazdrość o to, jak lekkie i szczęśliwe było jego życie. Jednak odsuwałem te myśli od siebie.

- Jeśli chcesz, mogę powiedzieć, że uciekł mi autobus. - uśmiechnął się Jonghyun, podchodząc do mnie i stając na przeciwko. Na jego ustach błąkał się ten pewny siebie uśmieszek, który irytował mnie od chwili, kiedy go poznałem. Miałem wrażenie, że doskonale wie, co czuję i tylko go to bawi.

- Powinieneś się cieszyć, że zgodziłem się z tobą spotkać. - mruknąłem, uciekając od niego wzrokiem i odpychając lekko od murku. Nie czekając na niego, zacząłem iść w pierwszym lepszym kierunku.

- Może podświadomie sam tego chciałeś? - zapytał.

Zatrzymałem się, słysząc jego pełne przekonania słowa. Spojrzałem na niego przez ramię, nie tracąc jednak wypracowanej powściągliwości wypisanej na twarzy.

- Jestem pewien, że nie chciałbyś zagłębiać się w moją podświadomość.

- Lubisz łapać mnie za słowa. - zaśmiał się i zanim zdążyłem się zorientować, co chce zrobić, wyprzedził mnie, łapiąc przy tym za nadgarstek i pociągając za sobą.

Kiedy mnie mijał, wyraźnie poczułem jego zapach tuż przy swojej twarzy. Teraz ten subtelny aromat rozchodził się wokół mnie, jak najbardziej intensywne perfumy. Spojrzałem na palce oplatające moją szczupłą rękę a następnie przed siebie, na sylwetkę chłopaka, który torował mi drogę przez tłum ludzi, którzy wyszli na miasto, aby zaczerpnąć weekendowej chwili wolności. Usłyszałem dźwięki jakiejś latynoskiej piosenki granej przez grupę osób przy jednej z uliczek. Zagryzłem wargę, po czym odchrząknąłem.

- Dokąd idziemy? - spytałem.

- Zobaczysz. - uśmiechnął się tajemniczo, kierując się w tylko sobie znanym kierunku.

Po chwili stanęliśmy przed wejściem do sporego klubu nocnego, którego szyld oświetlał niebieską poświatą czerń nocnego nieba. Jonghyun od razu skierował się do bocznego wejścia, już z daleka pokazując ochroniarzom swoją vip-owską kartę.

- To nie jest dobry pomysł. - skrzywiłem się, kiedy po wejściu do klubu otoczyła mnie masa spoconych, bujających się w rytm muzyki ciał.

- Daj spokój, Minnie. Nie żyjesz w jungli, musisz wychodzić do ludzi.

- Nic nie muszę. - odparłem, próbując ukryć swoją fascynację eleganckim wystrojem pomieszczeń i wyjątkową atmosferą tego miejsca. Nie chciałem, żeby zobaczył, że mi się podoba.

Chłopak zaprowadził mnie na parkiet, zaczynając bujać się w rytm muzyki. Stanąłem na przeciwko niego, czując się jak kompletny idiota. Ja nie tańczyłem. Miałem ochotę uciec z tego miejsca i zaszyć się z powrotem w swoim bezpiecznym pokoju.

Gdy chłopak zauważył moje zakłopotanie, zaczął tylko jeszcze bardziej podskakiwać na parkiecie, jednak jego próba rozśmieszenia mnie i skłonienia do otworzenia się nie ujęła mu nic z jego pewności siebie. Jakby robienie z siebie idioty sprawiało, że stawał się tylko jeszcze bardziej atrakcyjny.

Był tak bardzo zdeterminowany przyciągnięciem mojego wzorku, że w końcu się poddałem i nasze spojrzenia się spotkały. Kiedy to się stało, jego uśmiech pogłębił się, a on szepnął bezgłośnie: słodki.

Przewróciłem oczami, starając się zdusić w sobie odruch unoszenia się kącików moich ust, które i tak już nieznacznie drgały, jednak niemal natychmiast ponownie przywróciłem na twarz maskę obojętności.

- Myślisz, że jesteś zabawny? - zapytałem, siląc się na ironię.

- Widziałem, jak się uśmiechałeś. - pokazał na mnie palcem, a ja prychnąłem ze złością.

- Wcale się nie uśmiechałem. - powiedziałem, odwracając się w celu jak najszybszego wyjścia z klubu. Czułem się dziwnie i to mnie przerażało. Wcale nie chciałem wracać do domu. Chciałem zostać tutaj i bawić się razem z Jonghyunem, cieszyć się tak, jak on.

- O nie, nie. Tak łatwo ode mnie nie uciekniesz. - Jong złapał mnie za rękę, nie pozwalając odejść.

Potem wszystko działo się błyskawicznie: szatyn rozmawiający z DJ-em, a po chwili śpiewający na oczach całego klubu „Sto lat”, specjalnie dla mnie. Nie miałem pojęcia, skąd wiedział, że akurat dzisiaj mam urodziny. Nagle zaczęli do mnie podchodzić obcy ludzie. Składali mi życzenia, zapraszali do tańca. Ktoś wziął mnie na ręce i obkręcił kilka razy dokoła. Nawet nie wiedziałem, kiedy zacząłem się śmiać. Już dawno nie przeżyłem czegoś takiego.

Po chwili poczułem czyjś oddech na moim karku i ręce oplatające mnie w pasie.

- Kiedy wcześniej mnie opieprzałeś za spóźnienie, chyba nie myślałeś, że naprawdę nie przyjdę? – usłyszałem głos Jonghyuna i zadrżałem, zaskoczony zarówno jego niespodziewanym gestem, jak i słowami. - Wiedziałem, że będziesz dziś chciał jak zwykle zaszyć się gdzieś na uboczu, z dala od wszystkiego. Jednak nikt nie powinien być sam w dniu swoich urodzin.

Jego ciepłe dłonie rozgrzewały moją talię, a policzek prawie stykał się z moim. Coś zacisnęło mi się w żołądku, a serce zwiększyło swój bieg. Spojrzałem na ziemię, gubiąc się we wciąż nowych emocjach, które na mnie napierały.

- Więc jak, Taemin? - szepnął mi do ucha, starając się, aby jego głos przebił się przez gwar i dźwięki muzyki. - Czy jest coś specjalnego, co chciałbyś dostać na urodziny?

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie byłem przyzwyczajony do bliskości drugiej osoby, która sprawiała, że w tym momencie nie umiałem myśleć całkiem racjonalnie.

Jonghyun odwrócił mnie przodem do siebie i uśmiechnął się lekko. Chyba nie był taki zły, jak mi się wcześniej wydawało. A może szuka kolejnego chłopaczka na posyłki? Tysiące nadziei i wątpliwości spierało się w mojej głowie, a dłoń chłopaka lekko gładząca mój policzek sprawiała, że mój cały wcześniejszy dystans zaczął topnieć.

- Dlaczego to robisz? - spytałem, nieśmiało spoglądając w jego oczy. - Dlaczego robisz dla mnie to wszystko?

Nie odpowiedział. Wyciągnął mnie z klubu i znowu zaczął gdzieś prowadzić. Tym razem przestrzeń wokół mnie z każdą chwilą stawała się coraz bardziej oddalona od ludzi i co raz mniej przypominała skupisko butików, restauracji i sklepów, jakie widywałem w centrum miasta. Było mi zimno z powodu nagłej zmiany temperatur, ale bliskość drugiej osoby, ocieplała lekko moje ciało i umysł.

W końcu droga, którą się poruszaliśmy, zaczęła piąć się ku górze. Jonghyun stał się teraz jeszcze bardzo tajemniczy, a ja nie byłem w stanie się do niego odezwać, po moim ostatnim, niezręcznym pytaniu.

Nagle chłopak zatrzymał się i obrócił w moją stronę. Szybkim krokiem okrążył mnie dookoła i niespodziewanie zasłonił mi oczy swoją dłonią. W jednej chwili obraz przede mną stał się ciemnością.

Jonghyun klepnął mnie po plecach wolną ręką, zmuszając do pójścia dalej, aż w końcu, po kilku krokach powiedział:

- Stop. - a następnie powoli odsłonił moje oczy.

Przed sobą zobaczyłem rzekę Han, w której odbijało się tysiące światełek z całego miasta. Woda wyglądała niczym płynne złoto mieniące się i poruszane delikatnymi podmuchami wiatru.

- Lubię cię. - powiedział Jonghyun i pocałował mnie lekko w policzek. Zarumieniłem się i zawstydzony spuściłem głowę, a on przytulił mnie do siebie i szepnął: - Wszystkiego najlepszego.

Czułem się tak, jakbym śnił. Nigdy nikt nie powiedział mi, że mnie lubi. Zawsze byłem sam, a ludzie nie byli specjalnie chętni, żeby się do mnie zbliżać. I nagle pojawił się Jong, który łaził za mną krok w krok, mimo tego, że byłem dla niego niemiły i odpychałem go. A teraz stoimy objęci, patrząc na pierdolony, romantyczny widoczek, zupełnie jak na filmach. Tylko, że życie to nie film, a ja nawet nigdy nie miałem chłopaka. To nie mogło być możliwe.

- Jest zimno. - usłyszałem jego głos, a z jego ust wypłynął obłoczek pary. - Chcesz iść do mnie?

Przytaknąłem niepewnie, zastanawiając się, czy to jest właśnie to, co powinienem uczynić, słysząc takie pytanie. To wszystko byłoby łatwiejsze, gdybym mógł być autorem książki swojego życia. Wykreowałbym w niej świat taki, w jakim nie tylko ja, ale każdy z nas chciałby żyć. Przypisałbym sobie te wszystkie cechy, których tak mi brakowało: odwagę, pewność siebie, radość. A na koniec skończyłbym jak w każdej z takich książek, nurzając się w radosnym happy endzie.

Jonghyun jednak zdawał się nie zwracać uwagi na to, że nie jestem idealny. Był jak świetny facet z typowego romansu - przystojny, zabawny i wyrozumiały.

W miarę jak coraz bardziej zbliżaliśmy się do jego mieszkania, zacząłem się zastanawiać, czy wszystko skończy się tak, jak w książkach, czy ten cały happy end jest w ogóle możliwy. Nagle zacząłem się bać, a dłoń Jonghyuna zdawała się wręcz palić moją skórę. W mojej głowie zaczęło się pojawiać tysiące obrazów, a ja ponownie miałem ochotę uciec w miejsce, gdzie nie będę musiał zastanawiać się, czy to co robię, jest właściwe i co o mnie myśli druga osoba.

Kiedy otworzył przede mną drzwi, cały drżałem, tak bardzo byłem zestresowany. Kompletnie nie wiedziałem co robić i jak się zachowywać po tym wszystkim, co już się stało i przed tym, co być może się stanie. Byłem kompletną porażką jeśli chodziło o stosunki międzyludzkie.

- Taemin? Co się dzieje? - zapytał Jonghyun, patrząc na mnie uważnie.

Wszedłem do środka, ale myśli, które znowu mnie dogoniły, nie pozwalały mi cieszyć się nawet promykiem radości z powodu tego, gdzie i z kim byłem.

- Przepraszam... - szepnąłem, po czym pokręciłem głową, podnosząc głos. - Ja... Nie rozumiem! Co ty niby takiego we mnie widzisz? Powiedziałeś, że mnie lubisz tylko... tylko ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego?

Jonghyun przez moment patrzył na mnie zdumiony moim rozpaczliwym wybuchem, ale po chwili uśmiechnął się czule. Moje oczy otworzyły się szerzej, kiedy to zrobił, a ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała. Spodziewałem się, że dotrze do niego jaki pokręcony byłem, ale tak się wcale nie stało.

- Taemin. – powiedział, zmniejszając odległość między nami i odgarniając mi włosy za ucho. - Mam powiedzieć to głośno? Jest tak wiele powodów, które powodują, że czuję do ciebie właśnie takie, a nie inne uczucie. Lubię cię za ten wesoły uśmiech, który tak rzadko gości na twojej twarzy. Jednak to nic, bo cieszę się jak wariat, że tylko ja mam szanse go zobaczyć. Lubię cię za to, że jesteś szczery i potrafisz mnie rozbawić jak nikt inny. Lubię cię za to, jak pięknie potrafisz ubrać w słowa szarą rzeczywistość. Przy tobie mam ochotę na wszystko, bo z tobą nawet najmniejsza rzecz jest wyjątkowa. Jak wiele pytań chcesz jeszcze zadać mojemu sercu i jak wiele jego reakcji potrzebujesz, aby w to uwierzyć?

Poczułem, jak w kącikach moich oczu zbierają się łzy. Rozchyliłem usta i spojrzałem mu w oczy.

- Czy gdybyś był mną, wierzyłbyś w coś takiego, kiedy od zawsze byłeś sam? - spytałem drżącym głosem.

Tym razem to Jonghyun wykonał ruch głową, aczkolwiek nie pokręcił nią tak, jak ja, ale wykonał gest przytaknięcia.

- Od kiedy cię spotkałem, zawsze powtarzałeś mi te kilka słów. Nawet nie zauważałeś, że już od dawna jest obok ciebie ktoś, kto tylko czeka, abyś go zauważył – powiedział, przybliżając swoją twarz do mojej i owiewając swoim ciepłym oddechem mój policzek. - Tym kimś byłem ja.  - dokończył, po czym ostrożnie złączył nasze usta.

Nieśmiało rozchyliłem wargi, czując, jak szatyn muska je delikatnie swoimi ciepłymi ustami. Całował mnie powoli i czule, nigdzie się nie spieszył, jakby wiedział, że musi dać mi czas, abym nauczył się odwzajemniać jego pieszczoty. To był mój pierwszy pocałunek i nie bardzo wiedziałem, co mam robić, lecz Jonghyun nakierowywał mnie i uczył za pomocą swoich słodkich, uzależniających pocałunków. Kiedy poczułem, jak wsuwa język do wnętrza moich ust, jęknąłem cicho, mocniej wczepiając się w jego ramiona. Nieśmiało wysunąłem swój organ, pozwalając, by nasze języki splotły się w tańcu. Jonghyun odsunął mnie od siebie delikatnie i spojrzał w oczy.

- Boisz się? - spytał.

- Bardzo - odpowiedziałem szczerze. Położył mi dłoń na policzku i przejechał po nim kciukiem.

- Ja też – przyznał, zadziwiając mnie tym wyznaniem. - Ale mamy czas, Taemin. Nigdzie nie musimy się spieszyć. Od teraz już nigdy nie będziesz samotny, bo będę przy tobie dziś, jutro i pojutrze. Zostanę tak długo, jak mi pozwolisz i nauczę cię, że każdy człowiek ma prawo do szczęścia. Także ty, nawet jeśli tak nie uważasz.

Uśmiechnąłem się lekko, czując, jak się rumienię. To nie był sen. Byłem tu i nie byłem sam. Miałem przy sobie kogoś, kto był gotów stać się częścią mojego życia. I stało się to tak po prostu. I nawet nie musiałem używać do tego autorskiego pióra. Moje ciemne życie odnalazło wreszcie to światełko w tunelu, które jednym dotknięciem zapaliło wszystkie pogaszone do tej pory światła czterech ścian mojej codzienności.

- Dochodzi północ, twoje urodziny zaraz się skończą. - powiedział chłopak, spoglądając na zegarek zawieszony na ścianie. - O jakim życzeniu pomyślałbyś, gdyś teraz mógł zdmuchnąć urodzinowe świeczki?

Popatrzyłem na niego czule, po czym położyłem moją prawą dłoń na jego piersi, w miejscu gdzie znajdowało się serce. - Życzyłbym sobie, aby każdy na tym świecie miał szanse odnaleźć swój własny kawałek nieba, swojego Jonghyuna. 

środa, 18 września 2013

Brudne tajemnice 2 - rozdział II


Nareszcie przebrnęłam przez ten rozdział, mam nadzieję, że się spodoba:) Teraz już powinno być lepiej, chociaż opowiadanie nie należy do łatwych w pisaniu, więc za tydzień spodziewajcie się kolejnego partu BT2 :D
-----------------------------------------------------





- Sąsiadka znowu skarżyła się, że pobił się z jej synem. W szkole matki innych uczniów patrzą się na mnie, jak na kosmitkę. – kobieta w średnim wieku drżącą dłonią sięgnęła po kieliszek z winem i upiła kilka łyków.

- Musi się przyzwyczaić. To dla niego nowe środowisko, nieznany język, zupełnie inna kultura. – zaoponował siedzący naprzeciwko mężczyzna.

- Jesteśmy tutaj już pół roku. Nie mam zamiaru stać się pośmiewiskiem w miasteczku. – kobieta skrzywiła się.

- Więc co chcesz zrobić?

- Może byłoby lepiej, gdyby zamieszkał z babcią w Seulu.

Młody chłopak, dotąd ukrywający się za rogiem, pobiegł do swojego pokoju, głośno trzaskając drzwiami.

Rzucił się na łóżko, mocząc poduszki łzami, które nie chciały przestać płynąć. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Przecież rodzice nie mogą odesłać go z powrotem! To prawda, nie za bardzo umiał się zaaklimatyzować w nowym kraju, ale to nie była jego wina. Ciągłe wyzwiska i popychanie na korytarzu sprawiały, że nie miał ochoty na bliższe kontakty z rówieśnikami.

- Kibum? – drzwi otworzyły się, a do pokoju weszła ciemnowłosa kobieta, z westchnieniem siadając na łóżku.

- Wszystko słyszałem. Nie musisz nic mówić. – burknął w poduszki. – Wstydzisz się mnie?

- Bummie, to nie tak. Po prostu w Korei będzie ci lepiej…

- Trzeba było w ogóle tu nie przyjeżdżać! – krzyknął, podnosząc się do siadu. Jego twarz była czerwona od łez.

- Dobrze wiesz, że musieliśmy. Dostałam pracę i… - zaczęła brunetka, lecz po chwili zrezygnowała, dodając: - Babcia dobrze się tobą zaopiekuje. Już do niej dzwoniłam…

- Nie chcę tam jechać! – zaprotestował chłopiec, z niedowierzaniem wpatrując się w matkę.

- Już zarezerwowałam lot. Tata poleci z tobą. – powiedziała kobieta. Łzy jedynego syna wydawały się nie robić na niej najmniejszego wrażenia.

- Ale… - Kibum chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz jego rodzicielka tylko pokręciła przecząco głową i wyszła.

W głowie wciąż miał obraz matki, która na lotnisku obdarzyła go szybkim uściskiem, mówiąc mu cicho na ucho, że go kocha. Wtedy widział ją po raz ostatni.

Ojciec został z nim u babci dwa tygodnie, pomagając w umeblowaniu małego pokoiku, w którym odtąd miał mieszkać trzynastoletni Kibum. On też zdawał się nie zauważać cierpienia syna. Tylko stara kobieta, siedząca na bujanym fotelu z kłębkiem włóczki i kawałkiem swetra robionego na drutach, patrzyła na niego ze smutkiem w czarnych, okolonych zmarszczkami oczach.

- Co robisz? – Kibum odwrócił się gwałtownie na dźwięk głębokiego głosu Minho. W pierwszej chwili chciał rzucić mu się w ramiona i wypłakać, jak codziennie od kilku dni, po chwili jednak przypomniał sobie o trzymanej w rękach koszulce i wrzucił ją do prawie pełnej walizki, z obawą spoglądając na swojego chłopaka.

Minho przesunął wzrokiem po leżących na łóżku Kibuma ubraniach, kończąc na ustawionej w rogu pomieszczenia walizce. Kiedy jego oczy ponownie spotkały się z wystraszonymi tęczówkami szatyna widać w nich było żal i zdenerwowanie.

- Wyjeżdżasz? – zapytał, chociaż odpowiedź była aż nadto oczywista.

- Mama dzwoniła drugi raz… - zaczął niepewnie Key, lecz brunet przerwał mu:

- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?

- To tylko kilka tygodni…szybko zleci… - próbował bronić się Kim, w myślach karcąc się za swoje tchórzostwo. Powinien wcześniej powiedzieć Minho o wyjeździe.

- Szybko zleci?! A pomyślałeś o mnie? Pomyślałeś o tym, że może ja nie chcę, żebyś jechał? Że może chciałbym polecieć tam z tobą?

- Minho…nie kłóćmy się teraz o to, proszę. – Kibum podszedł do wyższego chłopaka, wtulając się w jego koszulkę. Serce Minho biło w przyśpieszonym tempie, a żyła na szyi pulsowała, zdradzając zdenerwowanie bruneta.

- Kiedy wyjeżdżasz?

- Jutro. – odparł cicho Key, czując jak ciepło, które biło od ciała Choi, znika. – Nie idź. – jęknął, zatrzymując odchodzącego bruneta. – Proszę, mi też jest trudno.

- Nie, Kibum. – Minho odwrócił się w jego stronę, patrząc na niego z żalem. – Poszedłeś najłatwiejszą drogą. – dodał, po czym wyswobodził się z jego uścisku i wyszedł z pokoju.

Nie miał siły za nim iść. Niczym kukła upadł na łóżko, pustym wzrokiem wpatrując się w drzwi, za którymi chwilę temu zniknął jego chłopak.

- Dlaczego karzesz mi wybierać pomiędzy tobą, a rodzicami? – jęknął, chociaż dobrze wiedział, że to nie jest prawda. Zawiódł Minho. Osobę, która troszczyła się o niego i martwiła, kiedy był smutny. Kogoś, kto zawsze był przy nim mimo jego humorków i kłótni. Kogoś, kogo kochał bardziej niż cokolwiek innego.

Jego życie nagle wywróciło się do góry nogami. Telefon od rodziców, którzy zostawili go w dzieciństwie, był rzeczą, której się nie spodziewał. Nie wiedział, co ma robić. Z jednej strony kochał Minho, z drugiej zapragnął wreszcie uporządkować swoje życie. A skoro nadarzyła się ku temu okazja, nie mógł nie skorzystać.

W głowie ciągle widział obrazy ze swojego dzieciństwa. Miał wrażenie, że widok matki uśmiechającej się do niego sztucznie na pożegnanie, będzie go prześladował dopóki, dopóty jej nie zobaczy.

Być może łudził się, że jego rodzice mieli ważny powód, by go zostawić. Być może chciał wierzyć, że był sens w tym, że przestali się do niego odzywać. A może po prostu chciał pierwszy raz od wielu lat poczuć, że ma rodzinę?

- Miałeś powiedzieć mu wcześniej… - usłyszał cichy głos Taemina, który usiadł obok niego na łóżku.

- Bałem się, że mnie powstrzyma. A ja naprawdę chcę ich zobaczyć, Taemin. Chcę z nimi porozmawiać, dowiedzieć się, dlaczego mnie zostawili. To tylko moja sprawa i on nie powinien się do tego mieszać.

- Myślałem, że twoje sprawy są też sprawami Minho.

- Bo tak jest, ale…

- Ale?

Kibum tylko westchnął, nie mając ochoty na dalszą rozmowę. Czuł się przytłoczony wszystkimi wydarzeniami, które ostatnio miały miejsce i miał dość mętliku w swojej głowie.

- Minho ma prawo być na ciebie zły. Zachowałeś się tak, jakbyś mu nie ufał. – powiedział Taemin, patrząc ze smutkiem na zwiniętego w kulkę Kibuma. – Zadzwoń do niego. – chłopak nachylił się nad przyjacielem i cmoknął go w policzek, po czym wyszedł z pokoju.

***

Minho spojrzał na telefon, który od godziny uparcie wibrował w jego kieszeni. Widząc na wyświetlaczu imię swojego chłopaka, cisnął nim zdenerwowany. 

Barman spojrzał na niego uważnie.

- Problem z dziewczyną? – zapytał, stawiając przed nim kolejną szklankę whisky.

- Można tak powiedzieć. – brunet skrzywił się, biorąc szkło do ręki i mocząc usta w alkoholu.

Z niechęcią przypatrywał się siedzącej w rogu baru parze. Dwóch chłopaków co chwilę nachylało się ku sobie, by po chwili wybuchnąć śmiechem. Dla przeciętnego obserwatora mogli wyglądać jak dwaj przyjaciele, lecz Minho, pomimo tego, że jego wzrok był już zamroczony od alkoholu, widział błysk w ich oczach, gdy patrzyli na siebie nawzajem.

Kiedy dopił do końca, wściekłość, którą odczuwał od chwili kiedy wyszedł z domu, zaczęła ustępować żalowi.

Wiedział, że Key będzie chciał odwiedzić rodziców w Ameryce. Chłopak był zbyt wrażliwy, by telefony jego matki nie zrobiły na nim wrażenia. Minho nie umiał sobie nawet wyobrazić jak ten musiał się czuć, gdy ta odezwała się do niego po tylu latach. Nieczęsto o tym rozmawiali. Dla Kibuma był to bolesny i drażliwy temat.

Nie rozumiał tylko, dlaczego chłopak nie powiedział mu o wyjeździe. On sam gotów był polecieć razem z nim, a nagle dowiedział się, że Kibum nie tylko nie chce z nim lecieć, co w ogóle nie zamierzał powiedzieć mu o swoich zamiarach.

- Wytrwała jest. Może warto jej przebaczyć? – usłyszał głos barmana, gdy wibracje w jego kieszeni rozległy się ponownie.

Westchnął ciężko i zapłacił, zostawiając mężczyźnie spory napiwek, po czym,  chwiejąc się lekko, wyszedł z lokalu i wsiadł do najbliższej taksówki.

***

- O czym tak myślisz, Minnie? – Jonghyun podchodzi do mnie, kiedy siedzę na szerokim parapecie w kuchni, pustym wzrokiem wpatrując się w krajobraz za oknem.

W mojej głowie kotłuje się tysiące myśli i mam wrażenie, że one zaraz rozsadzą mi czaszkę. Zawsze wiedziałem, że miłość nie jest łatwa, ale…

- Hmm? – szatyn głaska mnie lekko po przydługich włosach, zakładając niesforne kosmyki za ucho.

Przenoszę wzrok ze skąpanego w ciemnościach Seulu na jego twarz i zagryzam wargę. Zawsze to robię, kiedy jestem wystraszony lub zdenerwowany. On o tym wie, dlatego teraz przygląda mi się badawczo, a jego oczy są lekko zmartwione.

- Coś cię gryzie? – pyta, a ja wzdycham cicho, obracając się do niego przodem i spoglądając na niego niepewnie.

- Czy…czy ja jestem dobrym chłopakiem? – pytam w końcu, a jego oczy rozszerzają się w zdziwieniu.

- Co ci nagle przyszło do głowy? To chyba ja powinienem o to pytać, po tym co…

- Nie wracajmy do tego. – przerywam mu. Nie chcę rozpamiętywać przeszłości, chociaż, prawdę mówiąc, kiedy teraz on jest przy mnie, nie mogę uwierzyć w to, co działo się kiedyś. – Ja…chodzi mi o… - zaczynam znowu, lecz czuję się jak skończony głupek, chcąc pytać go właśnie o to. A jednak nieprzerwanie chodzi mi to po głowie.

- Chodzi ci o seks? Minho i Kibum nie powinni żartować na ten temat. – mówi spokojnie Jonghyun, lecz widzę, że jest trochę zakłopotany.

- Nie brakuje ci tego? – pytam.

- Dopóki mam ciebie, niczego mi nie brakuje. – odpowiada mój chłopak i przyciąga mnie do siebie. Zsuwam się z parapetu i przytulam do niego, czując mokry pocałunek na policzku. Znów robi mi się gorąco. – Poczekam, aż będziesz gotowy. – Jonghyun szepcze do mojego ucha, a ja czuję, jak oblewa mnie rumieniec na samą myśl, że moglibyśmy wreszcie to zrobić. Tak, jak jeszcze nigdy.

- Ah! Nie będę wam przeszkadzać. – do kuchni wchodzi Kibum, lecz widząc nas, cofa się niepewny tego, czy może zostać.

Oboje patrzymy na niego zmartwieni. Jego oczy są zapuchnięte od łez, a ręka w której trzyma telefon lekko drży. Co chwilę spogląda na zegarek – jest już po dwudziestej trzeciej, a Minho nadal nie wrócił.

- Pogadaj z nim. – mówi do mnie Jonghyun, odsuwając się ode mnie i całując w czoło. Po drodze szepcze coś jeszcze do Kibuma, po czym zostawia nas samych.

***
           
        Ręce trzęsły mu się, gdy nalewał soku do kubka. Nic nie widział przez łzy i odrobinę napoju wylało się na stół. Nie zwrócił jednak na to uwagi, zbyt zajęty powstrzymywaniem szlochu, chcącego wydostać się z jego ust.

- Przejdzie mu. – usłyszał głos Taemina. Rudzielec objął go od tyłu, przyciskając mocno do siebie.

- Jasne. – mruknął tylko starszy, odsuwając się od przyjaciela i wpatrując uparcie w widok za oknem. Jeszcze nigdy nie pokłócili się z Minho tak, jak dzisiaj, a najgorsze, że to była jego wina.

- On też musi w spokoju to wszystko przemyśleć. Na pewno niedługo wróci. – jak na zawołanie usłyszał, jak drzwi wejściowe otwierają się. Ze strachem spojrzał w tamtą stronę.

- Idź do niego. – Taemin popchnął go w stronę hallu.

- Ale…

- Idź.

Z wahaniem, ocierając z policzków ostatnie łzy, podszedł do Minho, który właśnie zdejmował buty.

- Gdzie byłeś? – spytał niepewnie, jakby bał się, że ten na niego nakrzyczy.

- Nieważne. – mruknął brunet, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem i zniknął za drzwiami ich pokoju.

- Zaczekaj! – krzyknął Key, wchodząc za nim do pomieszczenia. – Porozmawiajmy.

- O czym chcesz rozmawiać? O tym, że nie liczyłeś się z moim zdaniem, że nasz związek nic dla ciebie nie znaczy?! – Minho odwrócił się do niego. Jego oczy miotały błyskawice i Kibum bał się chociażby poruszyć.

- Dobrze wiesz, że to nie jest prawda.

- W takim razie co jest prawdą? Co jest prawdą do cholery, Kibum?! – brunet złapał go za ramiona i potrząsnął nim kilka razy. Key poczuł bijącą od niego woń alkoholu i skrzywił się.

- Jesteś pijany.

- Nie zmieniaj tematu…

- Dlaczego nie możesz po prostu zaakceptować mojej decyzji? – szepnął Key drżącym głosem. – Przecież wiesz, jakie to dla mnie ważne. Opowiadałem ci o tym. Chcę tam pojechać i dowiedzieć się, dlaczego mnie zostawili, tylko tyle.

- Rozumiem. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej. – Minho usiadł na łóżku, niezdarnie próbując rozpiąć guziki koszuli.

- Przepraszam… - powiedział cicho, podchodząc do chłopaka i klękając przed nim. Drżącymi dłońmi złapał jego ręce i sam zaczął rozpinać jego ubranie. – Nie chcę się z tobą kłócić…

Brunet nie odpowiedział. Ujął twarz Kibuma w swoje dłonie i brutalnie wpił się w jego wargi, niemal nie przewracając ich na podłogę. Nie zwracał uwagi na chłopaka, który próbował go odepchnąć. Nie słyszał cichych słów protestu, tłumionych przez brutalne pocałunki. Chciał mieć Kibuma tu i teraz, przekonać się, że jest tylko jego, że kiedy wyjedzie będzie tęsknił za nim tak cholernie, że…

- Minho, przestań! – krzyknął Key, kiedy ręce wyższego zaczęły niecierpliwie badać jego, ukryty pod koszulką, tors.

- Seks na zgodę chyba zawsze się sprawdzał, co nie? – mruknął Choi, niemal zszarpując z chłopaka koszulkę.

- Ale ja nie chcę! – zaprotestował Kibum, próbując odciągnąć nachalne ręce bruneta.

- Zaraz sprawię, że będziesz chciał. – Minho popchnął Key na łóżko, od razu siadając na jego biodrach i składając na jego szyi mokre pocałunki.

- Nie chcę! Jesteś pijany! – Kibum odepchnął bruneta, starając się zejść z łóżka.

Choi zatoczył się lekko, wpatrując się w przerażonego szatyna, który szlochając zbierał swoje, porozwalane po podłodze, rzeczy.

- Gdzie idziesz? Kibum! Chcesz jechać już teraz? Nie pozwalam ci! Nigdzie nie pojedziesz! – Minho podszedł do chłopaka, nie pozwalając mu wyjść z pokoju.

- Zostaw mnie. – wychlipał Key, po omacku sięgając po klamkę. Przez łzy cieknące mu nieustannie po policzkach już nic nie widział.

- Co się stało? – w salonie niemal natychmiast podbiegł do niego Taemin.

- Mogę dzisiaj spać z tobą? – zapytał, wtulając się w drobniejszego chłopaka i wybuchając szlochem. Nie tak miało wyglądać jego pogodzenie się z Minho.

***

- Prosimy pasażerów lotu nr 2906 o wejście na pokład samolotu.

Kibum zagryzł wargę, ostatni raz odwracając się w kierunku wejścia na lotnisko, lecz na próżno. Nadzieja matką głupich, pomyślał, jednak poczuł, jak żołądek zwija mu się w supeł z żalu i niedowierzania.

Kiedy wstał rano, Minho jeszcze spał. Key wypił kawę razem z Taeminem i Jonghyunem, którzy nie wypuścili go z domu uprzednio nie obdarowując tysiącem uścisków.

Przez małą chwilę miał nadzieję, że Choi przyjedzie się z nim pożegnać, zamienić choćby kilka słów, lecz tak się nie stało.

- Proszę pana, proszę wejść do samolotu. – usłyszał i z westchnieniem skierował się na pokład maszyny.