Pierwszy raz od bardzo dawna wena zawitała w moje skromne progi i oto jest Wasz świąteczny prezent :) Może bliżej świąt dorzucę jeszcze sezonowe JongKey^^
Mam nadzieję, że blog wróci do dawnej cotygodniowej działalności, a ja w prezencie pod choinkę (albo i wcześniej na urodziny :D) dostanę cały pakiecik tego nieznośnego stworzenia ;d
-----------------------------------------------------
Tytuł: Christmas with you
Pairing: 2Min
Gatunek: AU, obyczaj, fluff
Rating: bez ograniczeń
Niechętnie spojrzał na trzymany w
rękach prezent, po czym usiadł razem ze wszystkimi do stołu, starając się
powstrzymać cisnący mu się na usta grymas. Zamiast tego podniósł wzrok i
uśmiechnął się sztucznie do, siedzącej naprzeciwko niego, dziewczyny. Ta
natychmiast się rozpromieniła.
- Jeszcze raz dziękuję ci Mae Ri za
zaproszenie. Myślę, że to doskonała okazja, żeby Taemin i Sun Ji poznali się
lepiej – elegancko ubrana szatynka w średnim wieku zwróciła się do
czarnowłosej pani domu.
- Też tak myślę. W końcu następne
święta spędzą już jako małżeństwo. Sun Ji to taka ładna dziewczyna, Taemin jest
trochę nieśmiały, ale jestem pewna, że już się polubili – odparła tamta, patrząc
porozumiewawczo na syna.
- Tak, bardzo polubiłem Sun Ji.
Dziękuję, że zgodziliście się nas odwiedzić – głos chłopaka był wyprany z wszelkich emocji, lecz goście zdawali się tego nie zauważać. Taemin
zignorował natrętne spojrzenie swojej narzeczonej i spojrzał z utęsknieniem w
stronę choinki, pod którą nie było ani jednego prezentu.
Odkąd umarł jego ojciec, wszystko się
zmieniło. Jako jedyny syn musiał przejąć rodzinną firmę i rzucić szkołę, by poświęcić
się pracy w biznesie. Nikt nie traktował go poważnie, bowiem miał tylko
siedemnaście lat, lecz jego matce zdawało się to nie przeszkadzać. Chociaż może
było zgoła odwrotnie, skoro niemal od razu po skończeniu żałoby doprowadziła do
zaręczyn syna z córką właścicielki sieci hoteli w Korei, aby ten był traktowany
na równi ze swoimi, o ironio, niżej postawionymi współpracownikami.
Jeszcze rok temu pod sztucznym,
zielonym drzewkiem leżało mnóstwo pakunków dla każdego z członków rodziny.
Taemin doskonale pamiętał jaką frajdę sprawiało mu pakowanie prezentów dla
rodziców, jak i rozpakowywanie tych przygotowanych dla niego. Mimo że jego
ojciec był szanowanym biznesmenem, zawsze znajdował czas dla swojej rodziny.
Matce zależało tylko na pieniądzach.
Dlatego też teraz rudowłosy chłopak trzymał w rękach tylko jeden, mały pakunek
przeznaczony dla jego narzeczonej.
- Taemin, może pokażesz Sun Ji naszą
kolekcję obrazów? – usłyszał jak przez mgłę i niczym marionetka automatycznie
wstał ze swojego krzesła, dając znak dziewczynie, by poszła za nim.
Udali się do zachodniej części domu,
w której hall udekorowany był przywiezionymi z różnych krajów obrazami. Przez
chwilę zapatrzył się w malowidło przedstawiające dwóch mężczyzn kryjących się
za drzewami. Naprzeciw nich namalowani zostali wysoko postawieni urzędnicy z
karabinami, najwyraźniej ściągający ich za jakieś przestępstwo.
- Czy wolność jest przestępstwem? Od
kiedy zabrania się miłości? – rudzielec skrzywił się, znów czując nieznośny ból
w okolicy serca, który zwiększył się, gdy zwrócił spojrzenie na stojącą obok
niego Sun Ji. Świadomość, że spędzi z nią całe życie, przytłaczała go. Miał
ochotę uciec, schować się pośród liści, by nikt nie zdołał zabrać mu tej
resztki wolności, która mu jeszcze została. By nikt nie kazał mu udawać, tego,
kim nie jest.
- Taemin-oppa może pokażesz mi swój
pokój? Te obrazy są nudne. – jęknęła dziewczyna, wyginając usta w podkówkę.
- Jasne. – odparł, prowadząc
narzeczoną do następnego pomieszczenia. Uśmiechnął się do niej wymuszenie,
pozwalając jej usiąść na wielkim łóżku. Sam usiadł obok, krzywiąc się na słodki
zapach jej perfum.
- Oh! Jak cudownie razem wyglądacie! –
piskliwy głos jego matki drażnił jego uszy. Dwie kobiety weszły do
pomieszczenia, w dłoniach trzymając aparat fotograficzny. – Musimy to
uwiecznić. Taemin, obejmij Sun Ji!
- Mamo… - spróbował zaprotestować,
lecz to nic nie dało. Kobieta podeszła do nich, ujmując dłoń rudzielca i kładąc
ją na boku onieśmielonej nastolatki, po czym zadowolona z efektu odsunęła się,
aby zrobić zdjęcie.
- Idealnie – zapewniła po chwili,
wpatrując się w wyświetlacz urządzenia. – Taemin, Mae Ri zaprosiła nas nas na
przyszły weekend do swojej rezydencji. Cieszysz się?
- W przyszły weekend mam zawody
taneczne. Mówiłem ci, to dla mnie… - zaczął, lecz kobieta przerwała mu:
- Ah! Co ty opowiadasz! Mówiłam ci,
że to nie zapewni ci przyszłości. Zajmij się teraz firmą i swoją narzeczoną, a
nie marnujesz czas na głupoty.
- To nie jest głupota, mamo! Tata
zawsze…
- Przestań! Ojca już tutaj nie ma i
masz się mnie słuchać. Chyba nie chcesz być nieuprzejmy? Niegrzecznie by było
odmawiać odwiedzin.
Taemin zagryzł wargę, czując jak w
oczach zbierają mu się łzy. Dłonie zaczęły mu się trząść – zacisnął je w
pięści, by nie dać nic po sobie znać i, próbując zachować kamienną twarz, wstał.
- Masz rację. To byłoby niegrzeczne.
Dziękuję za zaproszenie proszę pani – tu zwrócił się do brązowowłosej kobiety. –
Chętnie przyjdę, ale teraz musi mi pani wybaczyć, chcę pojechać do firmy –
dodał, po czym wyszedł z pokoju i zbiegł po schodach na dół. W pośpiechu
założył buty, narzucając na siebie jedynie zimowy płaszcz i wybiegł z domu.
W twarz od razu uderzył go szczypiący
mróz, a w gardle zebrała się bolesna gula. Nie hamując już emocji, zaszlochał
cicho, zakrywając usta dłonią – tak z przyzwyczajenia, by nikt nie usłyszał,
jak płacze. Nie widział, gdzie idzie. Po prostu szedł przed siebie, niezdarnie
ocierając z policzków spływające po nich łzy. Miał ochotę po prostu rzucić się
w jedną z białych zasp i zasnąć. Nigdy się nie obudzić. Tak bardzo tęsknił za
ojcem… Tak bardzo chciał, by ktoś tak naprawdę
go pokochał. By ktoś pozwolił mu kochać. Pozwolił być sobą.
Pamiętał ten moment, kiedy powiedział
matce, że jest gejem.
- Żartujesz sobie, prawda? – spytała, zaciskając usta w wąską linię i
zakładając ręce na ramiona.
- Pewnie. Dla ciebie całe moje życie jest żartem, który cię doskonale
bawi – odparł, chcąc odejść, lecz kobieta złapała go za ramię.
- Taemin! Chyba nie myślisz, że kiedykolwiek pozwolę ci się związać z
chłopakiem? Wyobrażasz sobie, co powiedzieliby ludzie? Klienci? Firma
zbankrutowała by tylko i wyłącznie dlatego, że wymyśliłeś sobie, że chcesz być
inny niż wszyscy.
- Nic sobie nie wymyśliłem! Nie chciałem tej firmy! Nie obchodzi mnie,
czy zbankrutuje, czy nie!
Poczuł palący ból, kiedy matka wymierzyła mu policzek. Spojrzał na nią
zszokowany, jej spojrzenie było zacięte.
- Nigdy więcej nie chcę słyszeć o tym, że jesteś pedałem! – krzyknęła,
odwracając się i znikając w swoim pokoju.
Niedługo potem odbyły się jego zaręczyny z Sun Ji.
Usiadł na ławce, podciągając kolana
pod brodę. Cały się trząsł. Dłonie zmarzły mu tak bardzo, że skóra była
czerwona, a palce z trudem się poruszały. Nie zwracał jednak na to uwagi.
Skulił się w sobie, zamglonym wzrokiem wpatrując się gdzieś w pustkę, uparcie
przygryzając dolną wargę.
- Załóż to – usłyszał nagle, po czym
ktoś nałożył mu na głowę futrzaną czapkę.
Z wahaniem podniósł wzrok. Obok niego
usiadł wysoki szatyn. Śnieg gęsto padający z nieba sypał się teraz białymi
płatkami na jego rozczochrane przez wiatr włosy.
Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć,
lecz tamten go uprzedził:
- Nie musisz dziękować. Lubię, gdy
pada śnieg – szatyn uśmiechnął się do niego, po czym spojrzał w niebo,
delektując się padającymi na jego twarz płatkami. Taeminowi wydawał się taki wolny…
- Dlaczego przyszedłeś tutaj sam w
Boże Narodzenie? – zapytał nagle, a rudzielec zagryzł wargę, spuszczając wzrok.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Bo jak miał mu to wyjaśnić? Uciekłem z domu? Moja matka mną manipuluje, bo chce mieć
syna milionera? Jestem gejem, ale moja narzeczona jest we mnie szalenie
zakochana?
- Nie chcesz mówić? Okej, milczeć też
lubię – powiedział chłopak, zupełnie niezrażony milczeniem Taemina.
- A ty? Dlaczego spacerujesz sam w
taki dzień? – zapytał rudzielec po dłuższej chwili.
- Hmm… no cóż, tak jakoś wyszło, że
nie mam z kim spędzić tych świąt. Może chcesz mi potowarzyszyć? – dodał i,
zanim Taemin zdał sobie sprawę z tego, co robi, wziął go za rękę, prowadząc w
tylko sobie znanym kierunku.
- Gdzie idziemy? – zapytał, ledwo nadążając
za szybkim krokiem wysokiego chłopaka.
- Do mnie.
- Co?! – niemal krzyknął,
automatycznie zatrzymując się na środku chodnika.
- Spokojnie, nie zgwałcę cię. –
zaśmiał się szatyn, a Taemin poczuł, jak w jego brzuchu pojawia się dziwne
uczucie. – Chyba już wystarczająco się dzisiaj napłakałeś.
- Widziałeś? – spytał rudzielec,
zawstydzony, że ktoś widział chwilę jego słabości.
- Nie musisz się tego wstydzić.
Uczucia oznaczają, że jeszcze pozostało w nas coś ludzkiego. Niestety teraz to
chyba rzadkie przypadki.
- Uhm – mruknął jedynie, dając się
prowadzić do delikatesów otwartych dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Wybierz coś, co lubisz –
nieznajomy uśmiechnął się do niego, popychając go lekko w stronę sklepowych
półek. Taemin z wahaniem sięgnął po tabliczkę ulubionej czekolady, po chwili
biorąc jeszcze drugą, dla szatyna. Niemal od razu przypomniał mu się ojciec –
to on zawsze kupował mu słodycze, aby potem pomóc mu w ich pałaszowaniu.
Szatyn, widząc, że rudzielec stoi bez
ruchu na środku sklepu, podszedł do niego szybko, odwracając go przodem do
siebie.
- Hej, co się stało? – zapytał,
zmuszając niższego chłopaka, by na niego spojrzał.
Taemin nie odpowiedział. Z jego ust
wydostał się cichy szloch, a ręce trzymające czekolady opadły wzdłuż ciała.
Niemal od razu silne ramiona szatyna objęły go mocno. Chłopak głaskał go
uspokajająco po głowie, pozwalając, by niższy wypłakał się w jego ramiona.
- Już dobrze? – zapytał po chwili,
odsuwając się lekko od niego.
- Tak, przepraszam – jęknął Taemin,
speszony tym, co się przed chwilą wydarzyło. – Ja… już pójdę… - dodał, chcąc
jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Ten tajemniczy gość na pewno miał go
za skończonego idiotę, który ryczy bez powodu…
Szatyn dogonił go, gdy stał na
przejściu dla pieszych. Objął go w pasie i niemal wepchnął do taksówki. W
rękach trzymał dwie czekolady.
- Dlaczego…? – odezwał się Taemin.
- Polubiłem cię.
- Ale…
- Zjedz czekoladę, polepszy ci się –
przerwał mu szatyn, wpychając do jego ust słodką kostkę.
Taemin otworzył usta, czując jak
palce chłopaka delikatnie stykają się z jego wargami.
***
- Nie powiedziałeś mi jeszcze, jak
się nazywasz – szatyn uśmiechnął się, stawiając przed rudzielcem kubek z
parującą kawą.
- Taemin. A ty?
- Minho. Powiesz mi teraz, Taemin, co
robiłeś zwinięty w kulkę na ławce w parku? – Minho spojrzał na niego łagodnym
wzrokiem, łapiąc go za rękę, by dodać mu otuchy.
Rudzielec z wahaniem spojrzał na ich
splecione dłonie, czując jak w żołądku rozlewa mu się jakieś przyjemne ciepło.
- Uciekłem z domu – powiedział cicho.
Gdy Minho nie odpowiadał, dodał: - Teraz na pewno masz mnie za jakiegoś
rozpieszczonego dzieciaka, który…
- Nie uważam, że jesteś
rozpieszczonym dzieciakiem – przerwał mu szatyn. – Myślę, że jesteś zraniony i
zagubiony. Nie płacz już – uśmiechnął się łagodnie, ścierając z policzka
rudzielca ślad, który pozostawiły łzy.
- Dziękuję – szepnął Taemin.
- Nie ma za co, Minnie. Pij, zrobi ci
się lepiej.
Rudzielec przyłożył kubek do ust,
upijając kilka łyków gorącej kawy. Było mu niewyobrażalnie gorąco i zastanawiał
się, czy to wina napoju, czy może czegoś zgoła innego. Nieśmiało podniósł
wzrok, wpatrując się w Minho zajadającego czekoladę. Jego pełne usta były lekko
ubrudzone. Cera była gładka i rumiana, a włosy gęste i lśniące. Nagle zapragnął
po prostu się do niego przytulić tak, jak wtedy w sklepie, gdy szatyn go objął.
Czy właśnie tak wygląda miłość?
Gdy Minho przyłapał go na tym, że się
na niego patrzy, odwrócił speszony wzrok, wkładając sobie od razu do ust kilka
kostek czekolady na raz.
- Spokojnie – zaśmiał się tamten,
wycierając czekoladę, która została mu w kąciku ust. – Byłeś brudny.
Taemin spojrzał na niego szeroko
otwartymi ze zdziwienia oczami. Gdy Minho uśmiechnął się do niego ciepło,
zarumienił się, znowu czując ten nieznośny ucisk w żołądku.
- Słodki jesteś – zaśmiał się szatyn,
czochrając jego włosy. – Pójdę pozmywać. Chcesz tutaj nocować?
- Uhm…
- Spokojnie, nie będzie mi to
przeszkadzało – uprzedził jego pytanie Minho, po czym zniknął w kuchni.
***
Serce waliło mu jak oszalałe, gdy
kładł się na łóżku tuż obok Minho. Szatyn pachniał kawą i czekoladą, a jego ciało było przyjemnie ciepłe. Taemin
bał się choćby poruszyć. Tysiące myśli przewijało się w jego głowie. Próbował
nie myśleć o bez przerwy dzwoniącym telefonie i matce, czekającej na niego w
domu. Próbował nie myśleć o szatynie leżącym tuż obok niego, o jego silnych
ramionach, delikatnych dłoniach ścierających czekoladę z jego ust i ciepłym
uśmiechu. Ale nie dało się nie myśleć o niczym.
- O czym tak myślisz? – usłyszał cichy
szept. Oczy Minho zalśniły w ciemności. – Nie martw się tak już, wszystko
będzie dobrze – dodał szatyn, a Taemin poczuł na ustach słodki pocałunek. – Obiecuję. Wiesz, że wszystkie obietnice złożone w Boże Narodzenie
się spełniają? Uwierz w to – dopowiedział, przygarniając jego drobne ciało w
swoje ciepłe ramiona.
Taemin przyłożył dłoń do ust. Były
jeszcze lekko wilgotne.
- Wierzę – szepnął, a jego ciche
słowa rozpłynęły się pośród miarowego oddechu drugiego chłopaka tuż przy jego
uchu.


