Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fluff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fluff. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 grudnia 2013

Christmas with you (2Min)


Pierwszy raz od bardzo dawna wena zawitała w moje skromne progi i oto jest Wasz świąteczny prezent :) Może bliżej świąt dorzucę jeszcze sezonowe JongKey^^ 
Mam nadzieję, że blog wróci do dawnej cotygodniowej działalności, a ja w prezencie pod choinkę (albo i wcześniej na urodziny :D) dostanę cały pakiecik tego nieznośnego stworzenia ;d
-----------------------------------------------------




Tytuł: Christmas with you
Pairing: 2Min
Gatunek: AU, obyczaj, fluff
Rating: bez ograniczeń


Niechętnie spojrzał na trzymany w rękach prezent, po czym usiadł razem ze wszystkimi do stołu, starając się powstrzymać cisnący mu się na usta grymas. Zamiast tego podniósł wzrok i uśmiechnął się sztucznie do, siedzącej naprzeciwko niego, dziewczyny. Ta natychmiast się rozpromieniła.

- Jeszcze raz dziękuję ci Mae Ri za zaproszenie. Myślę, że to doskonała okazja, żeby Taemin i Sun Ji poznali się lepiej – elegancko ubrana szatynka w średnim wieku zwróciła się do czarnowłosej pani domu.

- Też tak myślę. W końcu następne święta spędzą już jako małżeństwo. Sun Ji to taka ładna dziewczyna, Taemin jest trochę nieśmiały, ale jestem pewna, że już się polubili – odparła tamta, patrząc porozumiewawczo na syna.

- Tak, bardzo polubiłem Sun Ji. Dziękuję, że zgodziliście się nas odwiedzić – głos chłopaka był wyprany z wszelkich emocji, lecz goście zdawali się tego nie zauważać. Taemin zignorował natrętne spojrzenie swojej narzeczonej i spojrzał z utęsknieniem w stronę choinki, pod którą nie było ani jednego prezentu.

Odkąd umarł jego ojciec, wszystko się zmieniło. Jako jedyny syn musiał przejąć rodzinną firmę i rzucić szkołę, by poświęcić się pracy w biznesie. Nikt nie traktował go poważnie, bowiem miał tylko siedemnaście lat, lecz jego matce zdawało się to nie przeszkadzać. Chociaż może było zgoła odwrotnie, skoro niemal od razu po skończeniu żałoby doprowadziła do zaręczyn syna z córką właścicielki sieci hoteli w Korei, aby ten był traktowany na równi ze swoimi, o ironio, niżej postawionymi współpracownikami.

Jeszcze rok temu pod sztucznym, zielonym drzewkiem leżało mnóstwo pakunków dla każdego z członków rodziny. Taemin doskonale pamiętał jaką frajdę sprawiało mu pakowanie prezentów dla rodziców, jak i rozpakowywanie tych przygotowanych dla niego. Mimo że jego ojciec był szanowanym biznesmenem, zawsze znajdował czas dla swojej rodziny.

Matce zależało tylko na pieniądzach. Dlatego też teraz rudowłosy chłopak trzymał w rękach tylko jeden, mały pakunek przeznaczony dla jego narzeczonej.

- Taemin, może pokażesz Sun Ji naszą kolekcję obrazów? – usłyszał jak przez mgłę i niczym marionetka automatycznie wstał ze swojego krzesła, dając znak dziewczynie, by poszła za nim.

Udali się do zachodniej części domu, w której hall udekorowany był przywiezionymi z różnych krajów obrazami. Przez chwilę zapatrzył się w malowidło przedstawiające dwóch mężczyzn kryjących się za drzewami. Naprzeciw nich namalowani zostali wysoko postawieni urzędnicy z karabinami, najwyraźniej ściągający ich za jakieś przestępstwo.

- Czy wolność jest przestępstwem? Od kiedy zabrania się miłości? – rudzielec skrzywił się, znów czując nieznośny ból w okolicy serca, który zwiększył się, gdy zwrócił spojrzenie na stojącą obok niego Sun Ji. Świadomość, że spędzi z nią całe życie, przytłaczała go. Miał ochotę uciec, schować się pośród liści, by nikt nie zdołał zabrać mu tej resztki wolności, która mu jeszcze została. By nikt nie kazał mu udawać, tego, kim nie jest.

- Taemin-oppa może pokażesz mi swój pokój? Te obrazy są nudne. – jęknęła dziewczyna, wyginając usta w podkówkę.

- Jasne. – odparł, prowadząc narzeczoną do następnego pomieszczenia. Uśmiechnął się do niej wymuszenie, pozwalając jej usiąść na wielkim łóżku. Sam usiadł obok, krzywiąc się na słodki zapach jej perfum.

- Oh! Jak cudownie razem wyglądacie! – piskliwy głos jego matki drażnił jego uszy. Dwie kobiety weszły do pomieszczenia, w dłoniach trzymając aparat fotograficzny. – Musimy to uwiecznić. Taemin, obejmij Sun Ji!

- Mamo… - spróbował zaprotestować, lecz to nic nie dało. Kobieta podeszła do nich, ujmując dłoń rudzielca i kładąc ją na boku onieśmielonej nastolatki, po czym zadowolona z efektu odsunęła się, aby zrobić zdjęcie.

- Idealnie – zapewniła po chwili, wpatrując się w wyświetlacz urządzenia. – Taemin, Mae Ri zaprosiła nas nas na przyszły weekend do swojej rezydencji. Cieszysz się?

- W przyszły weekend mam zawody taneczne. Mówiłem ci, to dla mnie… - zaczął, lecz kobieta przerwała mu:

- Ah! Co ty opowiadasz! Mówiłam ci, że to nie zapewni ci przyszłości. Zajmij się teraz firmą i swoją narzeczoną, a nie marnujesz czas na głupoty.

- To nie jest głupota, mamo! Tata zawsze…

- Przestań! Ojca już tutaj nie ma i masz się mnie słuchać. Chyba nie chcesz być nieuprzejmy? Niegrzecznie by było odmawiać odwiedzin.

Taemin zagryzł wargę, czując jak w oczach zbierają mu się łzy. Dłonie zaczęły mu się trząść – zacisnął je w pięści, by nie dać nic po sobie znać i, próbując zachować kamienną twarz, wstał.

- Masz rację. To byłoby niegrzeczne. Dziękuję za zaproszenie proszę pani – tu zwrócił się do brązowowłosej kobiety. – Chętnie przyjdę, ale teraz musi mi pani wybaczyć, chcę pojechać do firmy – dodał, po czym wyszedł z pokoju i zbiegł po schodach na dół. W pośpiechu założył buty, narzucając na siebie jedynie zimowy płaszcz i wybiegł z domu.

W twarz od razu uderzył go szczypiący mróz, a w gardle zebrała się bolesna gula. Nie hamując już emocji, zaszlochał cicho, zakrywając usta dłonią – tak z przyzwyczajenia, by nikt nie usłyszał, jak płacze. Nie widział, gdzie idzie. Po prostu szedł przed siebie, niezdarnie ocierając z policzków spływające po nich łzy. Miał ochotę po prostu rzucić się w jedną z białych zasp i zasnąć. Nigdy się nie obudzić. Tak bardzo tęsknił za ojcem… Tak bardzo chciał, by ktoś tak naprawdę go pokochał. By ktoś pozwolił mu kochać. Pozwolił być sobą.

Pamiętał ten moment, kiedy powiedział matce, że jest gejem.

- Żartujesz sobie, prawda? – spytała, zaciskając usta w wąską linię i zakładając ręce na ramiona.

- Pewnie. Dla ciebie całe moje życie jest żartem, który cię doskonale bawi – odparł, chcąc odejść, lecz kobieta złapała go za ramię.

- Taemin! Chyba nie myślisz, że kiedykolwiek pozwolę ci się związać z chłopakiem? Wyobrażasz sobie, co powiedzieliby ludzie? Klienci? Firma zbankrutowała by tylko i wyłącznie dlatego, że wymyśliłeś sobie, że chcesz być inny niż wszyscy.

- Nic sobie nie wymyśliłem! Nie chciałem tej firmy! Nie obchodzi mnie, czy zbankrutuje, czy nie!

Poczuł palący ból, kiedy matka wymierzyła mu policzek. Spojrzał na nią zszokowany, jej spojrzenie było zacięte.

- Nigdy więcej nie chcę słyszeć o tym, że jesteś pedałem! – krzyknęła, odwracając się i znikając w swoim pokoju.

Niedługo potem odbyły się jego zaręczyny z Sun Ji.

Usiadł na ławce, podciągając kolana pod brodę. Cały się trząsł. Dłonie zmarzły mu tak bardzo, że skóra była czerwona, a palce z trudem się poruszały. Nie zwracał jednak na to uwagi. Skulił się w sobie, zamglonym wzrokiem wpatrując się gdzieś w pustkę, uparcie przygryzając dolną wargę.

- Załóż to – usłyszał nagle, po czym ktoś nałożył mu na głowę futrzaną czapkę.

Z wahaniem podniósł wzrok. Obok niego usiadł wysoki szatyn. Śnieg gęsto padający z nieba sypał się teraz białymi płatkami na jego rozczochrane przez wiatr włosy.

Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, lecz tamten go uprzedził:

- Nie musisz dziękować. Lubię, gdy pada śnieg – szatyn uśmiechnął się do niego, po czym spojrzał w niebo, delektując się padającymi na jego twarz płatkami. Taeminowi wydawał się taki wolny…

- Dlaczego przyszedłeś tutaj sam w Boże Narodzenie? – zapytał nagle, a rudzielec zagryzł wargę, spuszczając wzrok.

Nie wiedział, co odpowiedzieć. Bo jak miał mu to wyjaśnić? Uciekłem z domu? Moja matka mną manipuluje, bo chce mieć syna milionera? Jestem gejem, ale moja narzeczona jest we mnie szalenie zakochana?

- Nie chcesz mówić? Okej, milczeć też lubię – powiedział chłopak, zupełnie niezrażony milczeniem Taemina.

- A ty? Dlaczego spacerujesz sam w taki dzień? – zapytał rudzielec po dłuższej chwili.

- Hmm… no cóż, tak jakoś wyszło, że nie mam z kim spędzić tych świąt. Może chcesz mi potowarzyszyć? – dodał i, zanim Taemin zdał sobie sprawę z tego, co robi, wziął go za rękę, prowadząc w tylko sobie znanym kierunku.

- Gdzie idziemy? – zapytał, ledwo nadążając za szybkim krokiem wysokiego chłopaka.

- Do mnie.

- Co?! – niemal krzyknął, automatycznie zatrzymując się na środku chodnika.

- Spokojnie, nie zgwałcę cię. – zaśmiał się szatyn, a Taemin poczuł, jak w jego brzuchu pojawia się dziwne uczucie. – Chyba już wystarczająco się dzisiaj napłakałeś.

- Widziałeś? – spytał rudzielec, zawstydzony, że ktoś widział chwilę jego słabości.

- Nie musisz się tego wstydzić. Uczucia oznaczają, że jeszcze pozostało w nas coś ludzkiego. Niestety teraz to chyba rzadkie przypadki.

- Uhm – mruknął jedynie, dając się prowadzić do delikatesów otwartych dwadzieścia cztery godziny na dobę.

- Wybierz coś, co lubisz – nieznajomy uśmiechnął się do niego, popychając go lekko w stronę sklepowych półek. Taemin z wahaniem sięgnął po tabliczkę ulubionej czekolady, po chwili biorąc jeszcze drugą, dla szatyna. Niemal od razu przypomniał mu się ojciec – to on zawsze kupował mu słodycze, aby potem pomóc mu w ich pałaszowaniu.

Szatyn, widząc, że rudzielec stoi bez ruchu na środku sklepu, podszedł do niego szybko, odwracając go przodem do siebie.

- Hej, co się stało? – zapytał, zmuszając niższego chłopaka, by na niego spojrzał.

Taemin nie odpowiedział. Z jego ust wydostał się cichy szloch, a ręce trzymające czekolady opadły wzdłuż ciała. Niemal od razu silne ramiona szatyna objęły go mocno. Chłopak głaskał go uspokajająco po głowie, pozwalając, by niższy wypłakał się w jego ramiona.

- Już dobrze? – zapytał po chwili, odsuwając się lekko od niego.

- Tak, przepraszam – jęknął Taemin, speszony tym, co się przed chwilą wydarzyło. – Ja… już pójdę… - dodał, chcąc jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Ten tajemniczy gość na pewno miał go za skończonego idiotę, który ryczy bez powodu…

Szatyn dogonił go, gdy stał na przejściu dla pieszych. Objął go w pasie i niemal wepchnął do taksówki. W rękach trzymał dwie czekolady.

- Dlaczego…? – odezwał się Taemin.

- Polubiłem cię.

- Ale…

- Zjedz czekoladę, polepszy ci się – przerwał mu szatyn, wpychając do jego ust słodką kostkę.

Taemin otworzył usta, czując jak palce chłopaka delikatnie stykają się z jego wargami.

***

- Nie powiedziałeś mi jeszcze, jak się nazywasz – szatyn uśmiechnął się, stawiając przed rudzielcem kubek z parującą kawą.

- Taemin. A ty?

- Minho. Powiesz mi teraz, Taemin, co robiłeś zwinięty w kulkę na ławce w parku? – Minho spojrzał na niego łagodnym wzrokiem, łapiąc go za rękę, by dodać mu otuchy.

Rudzielec z wahaniem spojrzał na ich splecione dłonie, czując jak w żołądku rozlewa mu się jakieś przyjemne ciepło.

- Uciekłem z domu – powiedział cicho. Gdy Minho nie odpowiadał, dodał: - Teraz na pewno masz mnie za jakiegoś rozpieszczonego dzieciaka, który…

- Nie uważam, że jesteś rozpieszczonym dzieciakiem – przerwał mu szatyn. – Myślę, że jesteś zraniony i zagubiony. Nie płacz już – uśmiechnął się łagodnie, ścierając z policzka rudzielca ślad, który pozostawiły łzy.

- Dziękuję – szepnął Taemin.

- Nie ma za co, Minnie. Pij, zrobi ci się lepiej.

Rudzielec przyłożył kubek do ust, upijając kilka łyków gorącej kawy. Było mu niewyobrażalnie gorąco i zastanawiał się, czy to wina napoju, czy może czegoś zgoła innego. Nieśmiało podniósł wzrok, wpatrując się w Minho zajadającego czekoladę. Jego pełne usta były lekko ubrudzone. Cera była gładka i rumiana, a włosy gęste i lśniące. Nagle zapragnął po prostu się do niego przytulić tak, jak wtedy w sklepie, gdy szatyn go objął.

Czy właśnie tak wygląda miłość?

Gdy Minho przyłapał go na tym, że się na niego patrzy, odwrócił speszony wzrok, wkładając sobie od razu do ust kilka kostek czekolady na raz.

- Spokojnie – zaśmiał się tamten, wycierając czekoladę, która została mu w kąciku ust. – Byłeś brudny.

Taemin spojrzał na niego szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Gdy Minho uśmiechnął się do niego ciepło, zarumienił się, znowu czując ten nieznośny ucisk w żołądku.

- Słodki jesteś – zaśmiał się szatyn, czochrając jego włosy. – Pójdę pozmywać. Chcesz tutaj nocować?

- Uhm…

- Spokojnie, nie będzie mi to przeszkadzało – uprzedził jego pytanie Minho, po czym zniknął w kuchni.

***

Serce waliło mu jak oszalałe, gdy kładł się na łóżku tuż obok Minho. Szatyn pachniał kawą i czekoladą,  a jego ciało było przyjemnie ciepłe. Taemin bał się choćby poruszyć. Tysiące myśli przewijało się w jego głowie. Próbował nie myśleć o bez przerwy dzwoniącym telefonie i matce, czekającej na niego w domu. Próbował nie myśleć o szatynie leżącym tuż obok niego, o jego silnych ramionach, delikatnych dłoniach ścierających czekoladę z jego ust i ciepłym uśmiechu. Ale nie dało się nie myśleć o niczym.

- O czym tak myślisz? – usłyszał cichy szept. Oczy Minho zalśniły w ciemności. – Nie martw się tak już, wszystko będzie dobrze – dodał szatyn, a Taemin poczuł na ustach słodki pocałunek. – Obiecuję. Wiesz, że wszystkie obietnice złożone w Boże Narodzenie się spełniają? Uwierz w to – dopowiedział, przygarniając jego drobne ciało w swoje ciepłe ramiona.

Taemin przyłożył dłoń do ust. Były jeszcze lekko wilgotne.

- Wierzę – szepnął, a jego ciche słowa rozpłynęły się pośród miarowego oddechu drugiego chłopaka tuż przy jego uchu.

poniedziałek, 14 października 2013

Piece of heaven (JongTae)


Tak, powinniście mnie teraz zabić za to, że tyle nie dodawałam, ale jak patrzę na Worda to odechciewa mi się wszystkiego. Nienawidzę tego uczucia bezsilności i tym bardziej jest mi głupio ze względu na Was, że tyle nic nie dodawałam;(
Dzisiaj oneshot napisany z Anną, która podjęła się próby przywrócenia mojej weny :D Tekst pisany przez nią jest wyróżniony na czerwono.
---------------------------------------------------------------





Tytuł: Piece of heaven
Pairing: JongTae
Gatunek: AU, fluff
Rating: bez ograniczeń


          Stałem oparty o chłodny mur jakiegoś budynku. Dzień był jak co dzień, tylko jesień jeszcze zimniejsza. Kilka osób minęło mnie, zasłaniając przez chwilę obraz nocnej ulicy. Wypuściłem oddech, malując przed sobą białą ścieżkę odlatującą gdzieś w dal.

Takie chwile jak ta sprawiały, że studiowanie literatury wydawało mi się jeszcze bardziej bezsensowne. Oglądając chłód ludzi mijających się obojętnie, sam nie wiedziałem, co skłoniło mnie do napisania pracy zaliczeniowej na temat przyjaznych stosunków międzyludzkich. Przyznaję - nigdy nie wierzę w to, co piszę, ale nie muszę. Bo zadaniem pisarza nie jest zachęcanie do samobójstwa i okradanie starszych pań, a kolorowanie świata codziennego, nawet jeśli żadna z barw jakie przestawia od dawna nie istnieje już w przyrodzie.

- Czekasz na kogoś? - usłyszałem głos.

Z niechęcią podniosłem wzrok, przed sobą zauważając Jonghyuna - główny powód, dzięki któremu sens mojej pracy zdawał się gdzieś umykać. Przyjazne stosunki międzyludzkie? To prawda, nie musiałem wierzyć w puste zdania, które miały pomóc mi w zaliczeniu roku, ale chciałem chociaż trochę potrafić wyobrazić sobie to wszystko. Nie umiałem.

Nigdy nie miałem przyjaciół, a dom rodzinny traktowałem raczej jak hotel, niż miejsce, do którego chętnie się wraca. Może było to spowodowane tym, że w dzieciństwie ktoś bardzo mnie zawiódł? Nie chciałem się nad tym rozwodzić, wmawiałem sobie, że nie potrzebuję niczyjej bliskości. A on tego nie rozumiał. Cholerny krasnolud, który ni stąd ni zowąd zapragnął czepiać się mojej samotności. Czyżby miał za mało przyjaciół w swoim haremie dziewczyn i chłopaków zdolnych zrobić dla niego wszystko?

- Podejrzewam, że na ciebie, ale być może tak mi się tylko wydaje, bo powinieneś przyjść piętnaście minut temu – odpowiedziałem, nie ruszając się z miejsca i wciąż wpatrując przed siebie. - Wciśniesz mi teraz jakąś tanią wymówkę? W końcu tobie wszystko przychodzi łatwo... - moje słowa zabrzmiały jak wyrzut rozżalonego samotnika, ale nie potrafiłem inaczej zareagować na jego spóźnienie, niż ucieczką w poirytowanie. Wiedziałem, że to nie była z mojej strony tylko złość, a zwyczajna zazdrość o to, jak lekkie i szczęśliwe było jego życie. Jednak odsuwałem te myśli od siebie.

- Jeśli chcesz, mogę powiedzieć, że uciekł mi autobus. - uśmiechnął się Jonghyun, podchodząc do mnie i stając na przeciwko. Na jego ustach błąkał się ten pewny siebie uśmieszek, który irytował mnie od chwili, kiedy go poznałem. Miałem wrażenie, że doskonale wie, co czuję i tylko go to bawi.

- Powinieneś się cieszyć, że zgodziłem się z tobą spotkać. - mruknąłem, uciekając od niego wzrokiem i odpychając lekko od murku. Nie czekając na niego, zacząłem iść w pierwszym lepszym kierunku.

- Może podświadomie sam tego chciałeś? - zapytał.

Zatrzymałem się, słysząc jego pełne przekonania słowa. Spojrzałem na niego przez ramię, nie tracąc jednak wypracowanej powściągliwości wypisanej na twarzy.

- Jestem pewien, że nie chciałbyś zagłębiać się w moją podświadomość.

- Lubisz łapać mnie za słowa. - zaśmiał się i zanim zdążyłem się zorientować, co chce zrobić, wyprzedził mnie, łapiąc przy tym za nadgarstek i pociągając za sobą.

Kiedy mnie mijał, wyraźnie poczułem jego zapach tuż przy swojej twarzy. Teraz ten subtelny aromat rozchodził się wokół mnie, jak najbardziej intensywne perfumy. Spojrzałem na palce oplatające moją szczupłą rękę a następnie przed siebie, na sylwetkę chłopaka, który torował mi drogę przez tłum ludzi, którzy wyszli na miasto, aby zaczerpnąć weekendowej chwili wolności. Usłyszałem dźwięki jakiejś latynoskiej piosenki granej przez grupę osób przy jednej z uliczek. Zagryzłem wargę, po czym odchrząknąłem.

- Dokąd idziemy? - spytałem.

- Zobaczysz. - uśmiechnął się tajemniczo, kierując się w tylko sobie znanym kierunku.

Po chwili stanęliśmy przed wejściem do sporego klubu nocnego, którego szyld oświetlał niebieską poświatą czerń nocnego nieba. Jonghyun od razu skierował się do bocznego wejścia, już z daleka pokazując ochroniarzom swoją vip-owską kartę.

- To nie jest dobry pomysł. - skrzywiłem się, kiedy po wejściu do klubu otoczyła mnie masa spoconych, bujających się w rytm muzyki ciał.

- Daj spokój, Minnie. Nie żyjesz w jungli, musisz wychodzić do ludzi.

- Nic nie muszę. - odparłem, próbując ukryć swoją fascynację eleganckim wystrojem pomieszczeń i wyjątkową atmosferą tego miejsca. Nie chciałem, żeby zobaczył, że mi się podoba.

Chłopak zaprowadził mnie na parkiet, zaczynając bujać się w rytm muzyki. Stanąłem na przeciwko niego, czując się jak kompletny idiota. Ja nie tańczyłem. Miałem ochotę uciec z tego miejsca i zaszyć się z powrotem w swoim bezpiecznym pokoju.

Gdy chłopak zauważył moje zakłopotanie, zaczął tylko jeszcze bardziej podskakiwać na parkiecie, jednak jego próba rozśmieszenia mnie i skłonienia do otworzenia się nie ujęła mu nic z jego pewności siebie. Jakby robienie z siebie idioty sprawiało, że stawał się tylko jeszcze bardziej atrakcyjny.

Był tak bardzo zdeterminowany przyciągnięciem mojego wzorku, że w końcu się poddałem i nasze spojrzenia się spotkały. Kiedy to się stało, jego uśmiech pogłębił się, a on szepnął bezgłośnie: słodki.

Przewróciłem oczami, starając się zdusić w sobie odruch unoszenia się kącików moich ust, które i tak już nieznacznie drgały, jednak niemal natychmiast ponownie przywróciłem na twarz maskę obojętności.

- Myślisz, że jesteś zabawny? - zapytałem, siląc się na ironię.

- Widziałem, jak się uśmiechałeś. - pokazał na mnie palcem, a ja prychnąłem ze złością.

- Wcale się nie uśmiechałem. - powiedziałem, odwracając się w celu jak najszybszego wyjścia z klubu. Czułem się dziwnie i to mnie przerażało. Wcale nie chciałem wracać do domu. Chciałem zostać tutaj i bawić się razem z Jonghyunem, cieszyć się tak, jak on.

- O nie, nie. Tak łatwo ode mnie nie uciekniesz. - Jong złapał mnie za rękę, nie pozwalając odejść.

Potem wszystko działo się błyskawicznie: szatyn rozmawiający z DJ-em, a po chwili śpiewający na oczach całego klubu „Sto lat”, specjalnie dla mnie. Nie miałem pojęcia, skąd wiedział, że akurat dzisiaj mam urodziny. Nagle zaczęli do mnie podchodzić obcy ludzie. Składali mi życzenia, zapraszali do tańca. Ktoś wziął mnie na ręce i obkręcił kilka razy dokoła. Nawet nie wiedziałem, kiedy zacząłem się śmiać. Już dawno nie przeżyłem czegoś takiego.

Po chwili poczułem czyjś oddech na moim karku i ręce oplatające mnie w pasie.

- Kiedy wcześniej mnie opieprzałeś za spóźnienie, chyba nie myślałeś, że naprawdę nie przyjdę? – usłyszałem głos Jonghyuna i zadrżałem, zaskoczony zarówno jego niespodziewanym gestem, jak i słowami. - Wiedziałem, że będziesz dziś chciał jak zwykle zaszyć się gdzieś na uboczu, z dala od wszystkiego. Jednak nikt nie powinien być sam w dniu swoich urodzin.

Jego ciepłe dłonie rozgrzewały moją talię, a policzek prawie stykał się z moim. Coś zacisnęło mi się w żołądku, a serce zwiększyło swój bieg. Spojrzałem na ziemię, gubiąc się we wciąż nowych emocjach, które na mnie napierały.

- Więc jak, Taemin? - szepnął mi do ucha, starając się, aby jego głos przebił się przez gwar i dźwięki muzyki. - Czy jest coś specjalnego, co chciałbyś dostać na urodziny?

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie byłem przyzwyczajony do bliskości drugiej osoby, która sprawiała, że w tym momencie nie umiałem myśleć całkiem racjonalnie.

Jonghyun odwrócił mnie przodem do siebie i uśmiechnął się lekko. Chyba nie był taki zły, jak mi się wcześniej wydawało. A może szuka kolejnego chłopaczka na posyłki? Tysiące nadziei i wątpliwości spierało się w mojej głowie, a dłoń chłopaka lekko gładząca mój policzek sprawiała, że mój cały wcześniejszy dystans zaczął topnieć.

- Dlaczego to robisz? - spytałem, nieśmiało spoglądając w jego oczy. - Dlaczego robisz dla mnie to wszystko?

Nie odpowiedział. Wyciągnął mnie z klubu i znowu zaczął gdzieś prowadzić. Tym razem przestrzeń wokół mnie z każdą chwilą stawała się coraz bardziej oddalona od ludzi i co raz mniej przypominała skupisko butików, restauracji i sklepów, jakie widywałem w centrum miasta. Było mi zimno z powodu nagłej zmiany temperatur, ale bliskość drugiej osoby, ocieplała lekko moje ciało i umysł.

W końcu droga, którą się poruszaliśmy, zaczęła piąć się ku górze. Jonghyun stał się teraz jeszcze bardzo tajemniczy, a ja nie byłem w stanie się do niego odezwać, po moim ostatnim, niezręcznym pytaniu.

Nagle chłopak zatrzymał się i obrócił w moją stronę. Szybkim krokiem okrążył mnie dookoła i niespodziewanie zasłonił mi oczy swoją dłonią. W jednej chwili obraz przede mną stał się ciemnością.

Jonghyun klepnął mnie po plecach wolną ręką, zmuszając do pójścia dalej, aż w końcu, po kilku krokach powiedział:

- Stop. - a następnie powoli odsłonił moje oczy.

Przed sobą zobaczyłem rzekę Han, w której odbijało się tysiące światełek z całego miasta. Woda wyglądała niczym płynne złoto mieniące się i poruszane delikatnymi podmuchami wiatru.

- Lubię cię. - powiedział Jonghyun i pocałował mnie lekko w policzek. Zarumieniłem się i zawstydzony spuściłem głowę, a on przytulił mnie do siebie i szepnął: - Wszystkiego najlepszego.

Czułem się tak, jakbym śnił. Nigdy nikt nie powiedział mi, że mnie lubi. Zawsze byłem sam, a ludzie nie byli specjalnie chętni, żeby się do mnie zbliżać. I nagle pojawił się Jong, który łaził za mną krok w krok, mimo tego, że byłem dla niego niemiły i odpychałem go. A teraz stoimy objęci, patrząc na pierdolony, romantyczny widoczek, zupełnie jak na filmach. Tylko, że życie to nie film, a ja nawet nigdy nie miałem chłopaka. To nie mogło być możliwe.

- Jest zimno. - usłyszałem jego głos, a z jego ust wypłynął obłoczek pary. - Chcesz iść do mnie?

Przytaknąłem niepewnie, zastanawiając się, czy to jest właśnie to, co powinienem uczynić, słysząc takie pytanie. To wszystko byłoby łatwiejsze, gdybym mógł być autorem książki swojego życia. Wykreowałbym w niej świat taki, w jakim nie tylko ja, ale każdy z nas chciałby żyć. Przypisałbym sobie te wszystkie cechy, których tak mi brakowało: odwagę, pewność siebie, radość. A na koniec skończyłbym jak w każdej z takich książek, nurzając się w radosnym happy endzie.

Jonghyun jednak zdawał się nie zwracać uwagi na to, że nie jestem idealny. Był jak świetny facet z typowego romansu - przystojny, zabawny i wyrozumiały.

W miarę jak coraz bardziej zbliżaliśmy się do jego mieszkania, zacząłem się zastanawiać, czy wszystko skończy się tak, jak w książkach, czy ten cały happy end jest w ogóle możliwy. Nagle zacząłem się bać, a dłoń Jonghyuna zdawała się wręcz palić moją skórę. W mojej głowie zaczęło się pojawiać tysiące obrazów, a ja ponownie miałem ochotę uciec w miejsce, gdzie nie będę musiał zastanawiać się, czy to co robię, jest właściwe i co o mnie myśli druga osoba.

Kiedy otworzył przede mną drzwi, cały drżałem, tak bardzo byłem zestresowany. Kompletnie nie wiedziałem co robić i jak się zachowywać po tym wszystkim, co już się stało i przed tym, co być może się stanie. Byłem kompletną porażką jeśli chodziło o stosunki międzyludzkie.

- Taemin? Co się dzieje? - zapytał Jonghyun, patrząc na mnie uważnie.

Wszedłem do środka, ale myśli, które znowu mnie dogoniły, nie pozwalały mi cieszyć się nawet promykiem radości z powodu tego, gdzie i z kim byłem.

- Przepraszam... - szepnąłem, po czym pokręciłem głową, podnosząc głos. - Ja... Nie rozumiem! Co ty niby takiego we mnie widzisz? Powiedziałeś, że mnie lubisz tylko... tylko ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego?

Jonghyun przez moment patrzył na mnie zdumiony moim rozpaczliwym wybuchem, ale po chwili uśmiechnął się czule. Moje oczy otworzyły się szerzej, kiedy to zrobił, a ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała. Spodziewałem się, że dotrze do niego jaki pokręcony byłem, ale tak się wcale nie stało.

- Taemin. – powiedział, zmniejszając odległość między nami i odgarniając mi włosy za ucho. - Mam powiedzieć to głośno? Jest tak wiele powodów, które powodują, że czuję do ciebie właśnie takie, a nie inne uczucie. Lubię cię za ten wesoły uśmiech, który tak rzadko gości na twojej twarzy. Jednak to nic, bo cieszę się jak wariat, że tylko ja mam szanse go zobaczyć. Lubię cię za to, że jesteś szczery i potrafisz mnie rozbawić jak nikt inny. Lubię cię za to, jak pięknie potrafisz ubrać w słowa szarą rzeczywistość. Przy tobie mam ochotę na wszystko, bo z tobą nawet najmniejsza rzecz jest wyjątkowa. Jak wiele pytań chcesz jeszcze zadać mojemu sercu i jak wiele jego reakcji potrzebujesz, aby w to uwierzyć?

Poczułem, jak w kącikach moich oczu zbierają się łzy. Rozchyliłem usta i spojrzałem mu w oczy.

- Czy gdybyś był mną, wierzyłbyś w coś takiego, kiedy od zawsze byłeś sam? - spytałem drżącym głosem.

Tym razem to Jonghyun wykonał ruch głową, aczkolwiek nie pokręcił nią tak, jak ja, ale wykonał gest przytaknięcia.

- Od kiedy cię spotkałem, zawsze powtarzałeś mi te kilka słów. Nawet nie zauważałeś, że już od dawna jest obok ciebie ktoś, kto tylko czeka, abyś go zauważył – powiedział, przybliżając swoją twarz do mojej i owiewając swoim ciepłym oddechem mój policzek. - Tym kimś byłem ja.  - dokończył, po czym ostrożnie złączył nasze usta.

Nieśmiało rozchyliłem wargi, czując, jak szatyn muska je delikatnie swoimi ciepłymi ustami. Całował mnie powoli i czule, nigdzie się nie spieszył, jakby wiedział, że musi dać mi czas, abym nauczył się odwzajemniać jego pieszczoty. To był mój pierwszy pocałunek i nie bardzo wiedziałem, co mam robić, lecz Jonghyun nakierowywał mnie i uczył za pomocą swoich słodkich, uzależniających pocałunków. Kiedy poczułem, jak wsuwa język do wnętrza moich ust, jęknąłem cicho, mocniej wczepiając się w jego ramiona. Nieśmiało wysunąłem swój organ, pozwalając, by nasze języki splotły się w tańcu. Jonghyun odsunął mnie od siebie delikatnie i spojrzał w oczy.

- Boisz się? - spytał.

- Bardzo - odpowiedziałem szczerze. Położył mi dłoń na policzku i przejechał po nim kciukiem.

- Ja też – przyznał, zadziwiając mnie tym wyznaniem. - Ale mamy czas, Taemin. Nigdzie nie musimy się spieszyć. Od teraz już nigdy nie będziesz samotny, bo będę przy tobie dziś, jutro i pojutrze. Zostanę tak długo, jak mi pozwolisz i nauczę cię, że każdy człowiek ma prawo do szczęścia. Także ty, nawet jeśli tak nie uważasz.

Uśmiechnąłem się lekko, czując, jak się rumienię. To nie był sen. Byłem tu i nie byłem sam. Miałem przy sobie kogoś, kto był gotów stać się częścią mojego życia. I stało się to tak po prostu. I nawet nie musiałem używać do tego autorskiego pióra. Moje ciemne życie odnalazło wreszcie to światełko w tunelu, które jednym dotknięciem zapaliło wszystkie pogaszone do tej pory światła czterech ścian mojej codzienności.

- Dochodzi północ, twoje urodziny zaraz się skończą. - powiedział chłopak, spoglądając na zegarek zawieszony na ścianie. - O jakim życzeniu pomyślałbyś, gdyś teraz mógł zdmuchnąć urodzinowe świeczki?

Popatrzyłem na niego czule, po czym położyłem moją prawą dłoń na jego piersi, w miejscu gdzie znajdowało się serce. - Życzyłbym sobie, aby każdy na tym świecie miał szanse odnaleźć swój własny kawałek nieba, swojego Jonghyuna. 

wtorek, 10 września 2013

Dotknij mnie (JongTae)


Wiem, że czekacie na Brudne Tajemnice, ale utknęłam w martwym punkcie. Nie chcę wstawiać tutaj byle czego, dlatego postanowiłam dokończyć tego, zaczętego już dawno, oneshota. Choroba tutaj przedstawiona nie jest zbyt znana, nie znalazłam na jej temat żadnych wiadomości, oprócz ogólnego wyjaśnienia, co to jest. Wszystkie objawy, które tutaj opisałam, są wymyślone przeze mnie i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Mam pomysł na kolejną partówkę, lecz prolog pojawi się najpewniej już jak jedno z obecnie pisanych przeze mnie opowiadań zbliży się do końca. Mogę tylko zdradzić, że będzie to moje pierwsze opowiadanie skupiające się głównie na Key i JongKey:)
-------------------------------------------------------------------




Tytuł: Dotknij mnie
Pairing: JongTae
Gatunek: AU, obyczaj, angst, fluff
Rating: +12
Otrzeżenia: choroba psychiczna - hafefobia


- Słucham? – usłyszał znudzony głos recepcjonistki, która leniwie podniosła głowę, patrząc na niego w oczekiwaniu.

- Jestem...ykhm… wolontariuszem. – mruknął niechętnie, w myślach przeklinając dyrektora szkoły, który, w ramach gratisu do zawieszenia w prawach ucznia, dodał mu miesiąc wolontariatu w tym przybytku dla wariatów. Facet chyba sam miał nierówno pod sufitem, wysyłając go do takiego miejsca, a nie chociażby zwykłego domu dziecka.

- Pańskie imię i nazwisko?

- Kim Jonghyun. – odparł, a kobieta zapisała coś na komputerze, po czym podała mu grubą, białą teczkę.

- Jesteś przydzielony do opieki nad Lee Taeminem. Sala 303. Tutaj masz opis jego choroby. – powiedziała, po czym wróciła do swoich obowiązków.

Jonghyun spojrzał obojętnie na trzymaną w rękach teczkę, po czym niechętnie udał się w stronę schodów na piętro. Nie miał zamiaru tracić czasu na czytanie stosu nikomu nie potrzebnych papierów. Chciał odbębnić dwie godziny, które musiał tu codziennie spędzać, jak najszybciej.

Starał się nie zwracać uwagi na dziwne przedmioty latające mu tuż przed oczami, lub stare ahjummy, pytające, czy jest ich księciem na białym koniu. Miał wrażenie, że gdyby tylko złapał kontakt wzrokowy z którymś z tych psycholi, sam skończyłby w wariatkowie.

Niechętnie spojrzał na salę z numerem 303 i bez pukania wszedł do środka. Przy małym stoliku siedział jasnowłosy, młody chłopak, patrzący się na niego z lekką obawą. Jonghyun dyskretnie rozejrzał się po pokoju, by znaleźć coś, co świadczyłoby o nienormalności nastolatka, lecz wszystko zdawało się wręcz przerażająco nudne, a sam blondyn całkiem normalny. Nie zmieniało to jednak faktu, że śliczny chłopak w otoczeniu surowej bieli wyglądał trochę groteskowo.

- Kim jesteś? – blondyn przyglądał mu się uważnie.

- Jestem wolontariuszem, spędzimy razem trochę czasu. – odparł, siląc się na przyjazny ton.

- Nareszcie nie będzie mi się tak nudziło. – chłopak uśmiechnął się do niego. – Jestem Taemin, a ty?

- Jonghyun.

- Mój brat się tak nazywa!* – Taemin rozpromienił się, by po chwili natychmiast posmutnieć. – Już dawno go nie widziałem. Uważa, że jestem nienormalny.

Pewnie jesteś, skoro cię tutaj trzymają – pomyślał Jonghyun, lecz w porę ugryzł się w język. Zamiast tego tylko mruknął cicho pod nosem, co miało posłużyć za odpowiedź i sięgnął do kieszeni po telefon.

- A ty dlaczego tutaj jesteś? – spytał chłopak, uroczo przekrzywiając głowę na bok.

- Bo muszę. - odparł krótko, a uśmiech blondyna zbladł, zastąpiony przez zmieszanie i smutek.

***

       Nie miał zamiaru wdawać się w bliższe relacje ze swoim niechcianym problemem, jak nazywał Taemina Jonghyun, lecz nie mógł znieść smutnych oczu wpatrujących się w niego bezustannie. Spojrzenie blondyna sprawiało, że miał ochotę mu pomóc, lecz już sam pomysł wydawał mu się idiotyczny i poniżający.

       - Możesz przestać się na mnie gapić? – warknął, odrywając wzrok od telefonu.

    - Jesteś jedyną osobą, która mnie odwiedza. Nikogo innego nie widuje. – odparł blondyn.

     - Fajnie wiedzieć, że traktujesz mnie jak jakiś wędrowny cyrk, na który można sobie popatrzeć. – szatyn skrzywił się, z nadzieją spoglądając na zegarek, lecz do końca wizyty było jeszcze dużo czasu.

      - Nigdy nie byłem w cyrku. Ale myślę, że ty jesteś o wiele bardziej interesujący. - Bezpośredniość Taemina dziwiła Jonghyuna od samego początku. Nie mógł zrozumieć dlaczego, pomimo jego wyraźnego dystansu, chłopak nadal stara się z nim zaprzyjaźnić. Co gorsza, sam szatyn powoli zaczął powątpiewać w skuteczność swojej maski zimnego drania.

        - Jesteś nienormalny. – Bycie wciąż bardziej oschłym stało się jego jedyną bronią.

        - Wiem.

***

       Szampon intensywnie pachniał truskawkami – Jonghyun nienawidził truskawek, dlatego podwójnie zirytowany nalał sobie płynu na dłoń i złapał kilka mokrych kosmyków klęczącego nad wanną Taemina.

            Chłopak odsunął się od niego gwałtownie, uderzając kolanami o zimną powierzchnię.

        - Nie wiem, kto wymyślił, że mam ci umyć głowę, ale mógłbyś mi tego nie utrudniać.

           - Przepraszam. – jęknął cicho blondyn. – Przecież wiesz… - dodał, lecz Jonghyun nie wiedział. Bo niby co miał wiedzieć?

        - Chodź tutaj. – odparł, przyciągając do siebie chłopaka i od razu wmasowując szampon w jego włosy.

      - Nie! Zostaw! Zostaw mnie! – pisk Taemina ogłuszył go do tego stopnia, że wyrywający się z jego ramion chłopak sprawił, że obaj wpadli do wanny. Przerażony blondyn zaczął odsuwać się od niego w panice, ślizgając się na mokrej nawierzchni i co chwila upadając na zaczerwienione kolana.

       - Co robisz, idioto? Chcesz żeby zleciał się tutaj cały szpital?! – Jonghyun złapał blondyna pod pachami, chcąc wyciągnąć go z wanny.

        - Zostaw mnie! Nie dotykaj! – Taemin wił się w jego ramionach, a jego twarz zrobiła się przeraźliwie blada. Chłopak ugryzł go w ramię, sprawiając, że szatyn puścił go i obaj upadli na zimne kafelki.

         - Taemin? Jonghyun? Co się tutaj dzieje? – do szpitalnej toalety wpadła pielęgniarka, z przerażeniem na twarzy podbiegając do, miotającego się na podłodze, blondyna.

         - Nie czytałeś opisu jego choroby? Przez ciebie dostał duszności. – kobieta ofuknęła Jonghyuna, przystawiając do twarzy młodszego inhalator.

       Szatyn jak zahipnotyzowany wpatrywał się w leżącego na kolanach lekarki Taemina, który z trudem łapał oddech. Chłopak drżał w konwulsjach, a jego źrenice były nienaturalnie rozszerzone.

       - C-co do cholery… - mruknął, dalej nie mogąc otrząsnąć się z szoku. Czuł się jak we śnie w nawiedzonym domu psychiatrycznym, czy czymś w tym stylu.

       - Lepiej już idź. – usłyszał głos kobiety i posłusznie wyszedł z pomieszczenia.

***

        Jasne włosy powiewały lekko pod wpływem delikatnego wiatru dostającego się do pokoju z małego, umieszczonego pod sufitem, okienka. Pełne, różowe usta były delikatnie rozchylone, a rumiana twarz nadzwyczaj spokojna.

         Na kolanach Jonghyuna leżał plik kart opisujących historię choroby Taemina. Sam nie wiedział, dlaczego to przeczytał. Gdy zobaczył, jak chłopak nie może złapać oddechu i miota się bezwiednie w drgawkach, niczym kukła sterowana przez macki choroby, coś w nim drgnęło. Poczuł się winny.

          Taemin cierpiał na hafefobię – bał się dotyku innych osób. Jonghyun słyszał kiedyś o czymś takim jak światłowstręt, lęk wysokości, czy strach przed przebywaniem w zamkniętym pomieszczeniu, ale nigdy nie przypuszczał, że można obawiać się czegoś tak naturalnego, jak dotyk.

       Kiedy ktoś go dotknie, Taemin zaczyna mieć drgawki i trudności z oddychaniem. Wpada w szał, nie kontroluje swojego zachowania, staje się agresywny.

      Jonghyun miał wrażenie, że znalazł się na planie filmowym, którego chłopak jest głównym bohaterem.

      - Myślałem, że już do mnie nie przyjdziesz. – usłyszał cichy głos Taemina. Chłopak wydawał się inny niż zwykle – bardziej przygaszony.

     - Chciałem cię przeprosić. – burknął szatyn, sam nie wierząc, że wypowiada te właśnie słowa. Nie wiedział, czemu ciepły uśmiech blondyna sprawił, że sam odwzajemnił ten gest.

***
     
          Jonghyun nigdy nie przypuszczał, że rozmowa może być prawdziwym lekarstwem. Z Taeminem rozmawiali dosłownie o wszystkim; zaczynając od pogody, a kończąc na niespełnionych marzeniach i modzie. Młody Lee był taki, na jakiego wyglądał – słodki, uroczy i niewinny. Jong uwielbiał przyglądać się jego rumieńcom, kiedy prawił mu komplementy albo opowiadał o swoich dawnych związkach. Dla Taemina temat miłości był jak sen, który może zobaczyć wyłącznie w wyobraźni – w końcu przecież nigdy nie będzie uprawiał seksu, nie pocałuje się, nawet nie będzie mógł chodzić z ukochanym za rękę.

         Z czasem ich rozmowy nabrały dwuznaczności, a dwie godziny trwania wizyty wydawały się o wiele za krótkie. Jonghyun przyłapywał się na tym, że myśli o Taeminie nie tylko w szpitalu, lecz przez cały dzień, a fakt, że za dwa tygodnie kończył wolontariat stał się dla niego przerażającą przyszłością.

***

Taemin siedział skulony na łóżku, patrząc na niego niepewnie.

- Rozmawiałem z lekarzem, powiedział, że możesz przezwyciężyć chorobę. – powiedział Jonghyun.

- Wstydzisz się mnie? Dlatego chcesz, żebym wyzdrowiał? – oczy blondyna zaszkliły się. – Nie musisz już udawać, że ci na mnie zależy. Jestem psycholem, możesz mną gardzić jak na początku, nie obrażę się. – dodał chłopak.

Jonghyun westchnął, rozmasowując bolące skronie. Wiele razy o tym rozmawiali, lecz Taemin był uparty.

- Chcę to zrobić dla ciebie. – odparł, po czym usiadł obok chłopaka. Ten tylko jeszcze bardziej się skulił, niemal wbijając się w ścianę.

- Dotknij mnie. – powiedział cicho, patrząc wprost w jego szklące się oczy.

- Boję się. – wyszeptał Taemin, zaciskając pięść na prześcieradle.

- Czego się boisz?

- Nie wiem.

- Spróbuj. Nie poruszę się ani o milimetr. – zapewnił go Jonghyun.

Chłopak zagryzł wargę. Wyglądał tak, jakby walczył sam ze sobą, niepewny, czy ma odwagę zrobić pierwszy krok. Jonghyun nie wiedział, ile czasu minęło, kiedy drobna dłoń Taemina powoli uniosła się i spoczęła tuż obok jego własnej, dużej i opalonej. Ich palce dzieliły centymetry – Jong miał ochotę po prostu złapać rękę blondyna i mocno uścisnąć, nadal jednak pozostawał w bezruchu.

- Nie umiem. – Taemin zaszlochał cicho. Jego dłoń zaczęła niekontrolowanie drżeć, a oddech przyśpieszył.

- Spokojnie, może na dzisiaj wystarczy.

- Nie chcesz mieć chorego chłopaka, prawda? To dlatego chcesz, żebym wyzdrowiał. – Jonghyun już nawet nie zdziwił się, że blondyn tak otwarcie i dokładnie określił ich relację.

- Nie chcę. – odparł zgodnie z prawdą, a oczy Taemina zaszkliły się. – Chcę ciebie.

***

Palce Taemina wolno i bardzo delikatnie musnęły jego opuszki. Jonghyun spojrzał zaskoczony na chłopaka – jego twarz była zacięta.

- Złap mnie za rękę. – szepnął, patrząc niepewnie na szatyna.

- Jesteś pewny?

- Tak.

Jong powoli poruszył palcami, dając blondynowi czas do namysłu, po czym delikatnie ujął jego dłoń. Była dokładnie taka, jak sobie wyobrażał – delikatna i gładka jakby była z porcelany, wciąż jednak drżała niekontrolowanie. Chłopak odwrócił się do młodszego – Taemin oddychał szybko, a jego twarz była biała jak papier.

- Mam cię puścić?

- Nie.

- Ale Taemin… - jęknął Jonghyun, widząc, że chłopak jest w coraz gorszym stanie. Wyglądał dokładnie tak, jak w szpitalnej łazience, kiedy chciał umyć mu włosy.

- Nie! – krzyknął blondyn, a na jego czoło wystąpiły kropelki potu. Jego ciało zaczęło niekontrolowanie drżeć, a oddech stał się urywany.

- Taemin? – w drzwiach pokoju pojawiła się pielęgniarka. Widząc stan, w jakim znajdował się chłopak, natychmiast odepchnęła Jonghyuna, który z bolesnym westchnieniem oparł się o ścianę.

- Odsuń się, ma atak, nie widzisz?

- Ale lekarz mówił, że może to przezwyciężyć… - szatyn chciał zaprotestować, lecz kobieta przerwała mu:

- I przy okazji się udusić?! Taemin, połóż się, zrobię ci zastrzyk.

- Nie! Nie jestem psycholem! – chłopak odsunął się w kąt łóżka.

- Taemin…

- Nie chcę! – krzyknął, chwilę potem zaczynając oddychać coraz bardziej płytko. Pielęgniarka nie czekając na zgodę chłopaka, złapała go w pasie, chcąc położyć na kozetce, lecz w blondyna jakby wstąpił szał.

- Zostaw mnie! Nie dotykaj mnie! Zostaw! – po sali rozniósł się przeraźliwy pisk.  Taemin wyglądał jak, zamykane w klatce, dzikie zwierze walczące o ostatki swojej wolności. Jonghyun z przerażeniem obserwował, jak chłopak wyrywa się trzymającej go pielęgniarce, kopiąc ją i gryząc, by nagle upaść jak kukła na białe prześcieradło. Jego twarz niemal zlewała się z bielą materiału.

Szatyn spojrzał przerażony na stojącego obok chłopaka lekarza. Mężczyzna trzymał w ręku strzykawkę z lekiem uspokajającym.

- To nie był dobry pomysł, Jonghyun. – lekarz zwrócił się do niego, po czym wyszedł z pomieszczenia.

***

Stał przed dużą szybą stanowiącą jedyne, prowizoryczne okno na świat, małego, białego pokoiku w którym został umieszczony Taemin. Gdy blondyn go zauważył, powoli podszedł do szkła, przykładając do niego swoją twarz. Po szybie spłynęły dwie, lśniące krople, a chłopak spojrzał na niego z niemą prośbą, kładąc na szybie swoją drobną dłoń.

- Dotknij mnie. – powiedział, a przynajmniej tak zdawało się Jonghyunowi, gdy czytał z ruchu jego spierzchniętych warg.

Szatyn wolno podniósł swoją rękę, przykładając ją do szyby w miejscu, w którym znajdowała się dłoń blondyna.

Taemin uśmiechnął się smutno, niepewnie gładząc brudne szkło. Stali tak przez chwilę, patrząc się na siebie z niewypowiedzianą obietnicą, po czym blondyn raz jeszcze przybliżył swoją twarz do szyby i złożył na niej pocałunek.

Jonghyun schylił się lekko i pocałował szkło w miejscu, w którym po drugiej stronie znajdowały się różowe wargi chłopaka. Co z tego, że ludzie patrzyli się na niego jak na idiotę, kiedy w oczach Taemina widział uwielbienie? Kiedyś uznałby to za idiotyzm, teraz wiedział, że to po prostu miłość.

***

- Lekarz powiedział, że wszystko przyjdzie z czasem. – Jonghyun usiadł obok Taemina i wyciągnął swoją rękę w jego stronę. - Dotknij mnie. – już nie pamiętał, który raz mówił te słowa.

Zaczynali od drobnostek – delikatnego muśnięcia dłoni, włosów, siedzenia obok siebie. Kiedy wzrok Taemina robił się rozbiegany, a dłonie drżały, przestawali i czekali do następnego dnia, aby zacząć wszystko od początku.

Blondyn przygryzł wargę i niepewnie ujął jego dłoń. To było dla niego nowe, nieznane uczucie, kiedy czuł ciepło ciała drugiej osoby. Uśmiechnął się pod nosem, patrząc na ich złączone dłonie i zwrócił swój wzrok na twarz szatyna uśmiechającego się do niego z otuchą. Wysunął dłoń z uścisku i skierował ją na usta Jonghyuna, muskając je nieśmiało, z pewną dozą strachu. Były gładkie i lekko wilgotne. Dotknął dłonią policzków, nosa, powiek okolonych długimi rzęsami. Zagłębił palce w gęstych, brązowych włosach, powoli schodząc w dół, na szyję, barki i klatkę piersiową. Jego dłoń drżała, a oddech przyśpieszył, lecz kiedy zamknął na chwilę oczy, objawy choroby zdawały się minąć, albo sprawił to uśmiech Jonghyuna, od którego w jego brzuchu wzlatywało stado motyli.

- Chciałbym cię przytulić. – szepnął.

- I zrobisz to. Mamy dużo czasu Taeminnie.

- Ale ja bym chciał teraz! – naburmuszył się blondyn, uroczo nadymając policzki.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł…

- Mogą mnie nawet zapiąć potem w kaftan bezpieczeństwa, przynajmniej będę miał co wspominać. – powiedział stanowczo chłopak, spontanicznie obejmując zdezorientowanego szatyna.

Jonghyun objął go niepewnie, ze strachem obserwując reakcję ciała Taemina.

- I co teraz czujesz? – zapytał, bojąc się odpowiedzi.

- Cholerne motylki. – zaśmiał się blondyn, mocniej wtulając się w jego ramiona.


* na potrzeby opowiadania imię brata Taemina zostało zmienione